Krater w Derweze, zwany "bramą do piekła".
Krater w Derweze, zwany "bramą do piekła". Archiwum własne.

Rozświetlające noc płomienie, zapach siarki i buchające opary gorąca… Słynny krater w Derweze nieprzypadkowo został nazwany “bramą do piekła”. Kto by pomyślał, że to niemal mistyczne miejsce to po prostu biznesowa pomyłka Sowietów.

REKLAMA
Jakiś czas temu pisałam na blogu o tym, że mieszkańcy Turkmenistanu nie muszą płacić za gaz, prąd czy benzynę. Wynika to z faktu, że dosłownie śpią oni na gazie ziemnym. Nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady – Turkmenistan posiada czwarte (po Rosji, Iranie i Katarze) największe zasoby gazu ziemnego na świecie.
Kraj ten posiada tak dużo gazu ziemnego, że może sobie wręcz pozwolić na jego nonszalanckie marnotrawstwo. Najbardziej ewidentnym pomnikiem tego marnotrawstwa jest krater w Derweze, w którym gaz ziemny pali się bezcelowo już od ponad 40 lat.
O tym, żeby zobaczyć “bramę piekieł” marzyłam od momentu, w którym o niej po raz pierwszy przeczytałam. Uznałam, że palący się krater w samym sercu pustyni może być jednym z najciekawszych miejsc, do jakich kiedykolwiek dotrę.
Aby dotrzeć do “piekielnych bram”, należy wyruszyć ze stolicy Turkmenistanu – Aszchabadu – prosto na północ. Podróż w głąb pustyni trwa około 5 godzin. Widoki za oknem są dość monotonne – pustynny krajobraz jedynie co jakiś czas przerywa widok jakiejś niewielkiej wioski, często składającej się jedynie z kilku gospodarstw. Poza tym czasem drogę przetnie stado wielbłądów.
W końcu, po zboczeniu z asfaltowej drogi i krótkiej podróży pomiędzy wydmami, dotarliśmy do krateru w Derweze. Jak się okazało, jeden z naszych turkmeńskich opiekunów już tam czekał, rozbijając niewielkie obozowisko oddalone od krateru o około 100 metrów. Rozłożony koc, niewielkie namioty, kilka latarek, a także trochę jedzenia i dużo wódki – to w jego opinii był optymalny zestaw pozwalający przetrwać noc w okolicach “bramy do piekła”. Jak przekonywał nasz przewodnik, wódka nie jest wcale po to, aby się lepiej bawić, lecz po to, aby ewentualnie zneutralizować jad skorpiona…
Świadomość przemykających wokół nas w ciemnościach skorpionów nie była szczególnie kojąca, ale nie traciłam czasu – wzięłam wielką latarkę i ruszyłam w stronę krateru.
Już jakieś 30 metrów od krateru czuć, że powietrze robi się gęste – a podchodząc jeszcze bliżej, w twarz zaczynają uderzać nieprzyjemne fale gorąca. Wokół rozpościera się duszący zapach siarki, a oczom ukazują się buchające z wnętrza krateru płomienie. Stojąc przy brzegu krateru, faktycznie poczułam się tak, jakbym znajdowała się u bram do piekła.
logo
Z bliska krater wygląda jak przedsionek piekła. Archiwum własne.
Dopiero podchodząc bliżej widać, jak duże jest to płonące zapadlisko. Przy dziurze o średnicy 70 metrów poczułam się bardzo mała i nieznacząca. To wrażenie spotęgowało się, gdy uświadomiłam sobie, że ten krater, księżyc w pełni i tlące się w oddali ognisko przy naszym obozowisku to najprawdopodobniej jedyne źródła światła w promieniu ponad dwustu kilometrów. Wokół, po horyzont, rozciągała się ciemna pustynia Kara-kum…
Ale jeszcze kilkanaście lat temu to miejsce wyglądało inaczej. Wprawdzie okolice Derweze nigdy nie tętniły życiem, ale kiedyś znajdowała się tu wioska licząca kilkaset mieszkańców. Jednak w 2004 r. poprzedni dyktator Turkmenistanu, Saparmurat Nijazow, rozkazał ją wyburzyć, bo “stanowiła przykry widok dla turystów”. Obecnie jedynymi śladami po wiosce Derweze są nieliczne ukryte pomiędzy wydmami pozostałości zabudowań.
Odkąd nie ma tu stałych mieszkańców, okolice ognistego krateru są miejscem bardzo odosobnionym. Najbliższym miastem jest oddalony o niemal 300 km Aszchabad, a bliżej znajdują się jedynie pojedyncze domostwa zamieszkiwane przez ludy koczownicze.
Świadomość oddalenia od większych miejscowości sprawia, że w Derweze udziela się poczucie samotności. To miejsce, w którym można pobyć sam na sam ze swoimi myślami i zupełnie odciąć się od codzienności. To miejsce, w którym zamiast dźwięków rozmawiających ludzi, przejeżdżających samochodów i dźwięczących telefonów komórkowych słychać jedynie skwierczenie ognistych płomieni. To miejsce, w którym można nabrać dystansu do świata, który pozostał kilka tysięcy kilometrów stąd.
A skąd w ogóle to ogniste kuriozum się wzięło tu, na środku turkmeńskiej pustyni? Historia “bramy do piekła” sięga wczesnych lat 70. XX wieku. Sowieci planowali wtedy rozbudowę w tym miejscu infrastruktury do wydobywania rop naftowej i gazu ziemnego. Gdy jednak rozpoczęli wiercenia w okolicach Derweze, ziemia pod infrastrukturą wiertniczą się zapadła, tworząc dół o średnicy 70 metrów. Po tym incydencie zaniechano dalszych prac wydobywczych, ale problemem pozostał ulatniający się z krateru gaz. Postanowiono go więc podpalić, licząc na wypalenie się go w ciągu kilku dni. Jak widać, tutejsze zasoby gazu zostały mocno niedoszacowane, bo ulatniający się z krateru gaz pali się do dzisiaj, a więc już ponad 40 lat.
Rano, opuszczałam Derweze w melancholijnym nastroju. Chociaż to miejsce powstało w wyniku zwyczajnego błędu w pracy, to ma ono niezwykły, niemalże mistyczny charakter. Wyjeżdżając stamtąd wiedziałam też, że prawdopodobnie już nigdy tam nie wrócę. Od kilku lat nowy prezydent Turkmenistanu zapowiada rozpoczęcie eksploatacji pobliskich rezerw gazu ziemnego, co w rezultacie może doprowadzić do wygaszenia krateru.
Póki co z zapadliska w Derweze wciąż buchają płomienie. Być może władzom Turkmenistanu trudno pozbyć się miejsca, które przynosi stały dochód z turystyki. Ale kto wie, może za kilka lub kilkanaście lat pośrodku turkmeńskiej pustyni staną wieże wiertnicze – a “brama do piekła” przejdzie do historii? Nie zdziwiłoby mnie to – w końcu przychody ze sprzedaży gazu ziemnego na pewno przyniosłyby znacznie większe pieniądze niż te, jakie kraj ten kiedykolwiek mógłby zarobić na turystyce.