W Nowym Jorku dawanie napiwków to standard.
W Nowym Jorku dawanie napiwków to standard. Archiwum własne.

Co kraj to obyczaj. W Szwajcarii napiwków nie daje się wcale, a w Nowym Jorku są one praktycznie obowiązkowe. A więc jak to jest z tymi napiwkami - gdzie je dawać i ile?

REKLAMA
W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że napiwek jest czymś ekstra. Płacimy go, jeśli jesteśmy z danej usługi bardzo zadowoleni - gdy kelnerzy w danej restauracji byli wyjątkowo mili, gdy taksówkarz przy okazji opowie nam sporo ciekawostek o danym mieście, itp. Napiwek to dla konsumenta pewna opcja. Na ogół wynosi on zresztą nie więcej niż 10% wartości danej usługi - ot, często po prostu zaokrąglamy daną kwotę w górę.
W zasadzie pod tym względem Polska nie różni się od większości krajów Europy. Opcjonalny, niewielki napiwek jest w zwyczaju m.in. w Wielkiej Brytanii, we Francji, w Niemczech, Hiszpanii czy we Włoszech - chociaż w tym ostatnim kraju koszt obsługi w restauracjach jest na ogół opisany w menu jako coperto (wł. nakrycie stołu) i uwzględniony w końcowym rachunku. To dlatego espresso wypite na stojąco przy barze kosztuje 1 euro, a to wypite przy stoliku już 2 euro ;)
Jednak napiwkowe zwyczaje potrafią się od siebie różnić nawet na naszym niewielkim kontynencie. Podczas mojej wizyty w Szwajcarii dowiedziałam się, że tam napiwków się w ogóle nie daje. Z czego to wynika? Najczęściej tłumaczy się to faktem, że kelnerzy zarabiają tam i tak bardzo dużo. Zresztą, wszyscy zarabiają tam dużo.
Z kolei zupełnie inny zwyczaj panuje w Stanach Zjednoczonych - tam zostawienie napiwku jest praktycznie obowiązkowe w przypadku wielu różnych usług. Napiwek zostawia się nie tylko kelnerom, ale także taksówkarzowi, kosmetyczce i wielu innym usługodawcom.
I przyznam, że na samym początku mnie to bardzo irytowało. W końcu w Europie przyzwyczaiłam się do tego, że za obiad zapłacę tyle, ile jest napisane w karcie. A tymczasem w USA kwota pokazana w menu to dopiero początek - do niej nalicza się jeszcze podatek, a na końcu naszego rachunku proponowanych jest kilka kwot napiwku. I to nie 10%, lecz na ogół pomiędzy 15% a 25%. W rezultacie, wybierając z karty danie za 17 USD, kończymy z rachunkiem na 22 USD...
logo
Typowy rachunek w USA. Na ostateczną kwotę składają się: cena jedzenia, podatek oraz napiwek. Archiwum własne.

Oczywiście świat się nie zawali, jeśli nie zapłacimy napiwku - nikt nad nami z pistoletem nie stoi. Ale "niedocenienie" w ten sposób obsługi jest dużą gafą i kelnerzy to traktują niemal jak policzek w twarz.
Chociaż napiwkowa kultura w USA do mnie nie przemawia, to jednak potrafię ją zrozumieć. Nabiera ona sensu, gdy spojrzymy na cały rynek pracy w Stanach Zjednoczonych. Tam podstawa płacy na ogół jest relatywnie niewielka, a znaczącą częścią ostatecznego zarobku są bonusy. Tak to działa w wielu branżach - m.in. w finansach, gdzie często ludzie obliczają własną zdolność kredytową na podstawie oczekiwanego bonusu...
Nie inaczej jest w usługach, gdzie tym bonusem są właśnie napiwki. Dla wielu osób z tego sektora gospodarki jest to ważna część zarobków. Doskonale rozumieją to turyści z USA, którzy chętnie zostawiają po posiłku parę dolarów ekstra. Tymczasem Europejczycy odwiedzający Nowy Jork są czasem uważani wręcz za skąpców, ponieważ albo napiwków nie dają, albo są one niewielkie. Ale chyba trudno im się dziwić, skoro do napiwków rzędu 20% rachunku nie są oni po prostu przyzwyczajeni.
Jeśli miałabym ocenić, która kultura napiwkowa bardziej mi odpowiada, to muszę przyznać, że raczej ta szwajcarska. Po prostu lubię, gdy rachunek nie jest dla mnie niespodzianką. Z drugiej strony, będąc w USA, człowiek szybko się przyzwyczaja do "tipowania" i po jakimś czasie traktuje to jako coś oczywistego.
Więcej tekstów o Nowym Jorku znajdziecie jak zwykle, na moim blogu.