
„Foxcather”, czyli historia o tym, jak Channing Tatum uwierzył, że obsadzie Magic Mike'a Nagrody Akademii są po prostu przeznaczone. Może, gdyby nie milczał przez połowę filmu, to skończyłby jak Matthew McConaughey...
REKLAMA
Pot, lanie po mordzie i dziwna moda na wysuniętą dolną szczękę niestety nie rozłożyły Akademii na łopatki.
Biografia Marka Schultza, złotego olimpijczyka, w którego rolę wcielił się sexy Tatum. Miło popatrzeć na mięśnie rodem ze Step Up przykryte tylko strojem zapaśnika, ale sześciopak to chyba nie kategoria Oscarów. Większość z osób, które „Foxcathera” widziały, wie doskonale, że jedyną przepustką filmu na galę była rola Stevea Carella.
Zaskakujące było głównie to, że “czterdziestoletni prawiczek” wcielił się w rolę psychopaty, i to bardzo dobrze się wcielił. Połączenie dynamicznego sportu z długimi i raczej spokojnymi ujęciami też dziwiło, ale już mniej pozytywnie. Poza powalającą na kolana grą aktorską odtwórcy głównej roli całość była, jakby to delikatnie ująć, nudna. Nie wierzę, że w ciągu 10 lat, bo właśnie taki okres przestawia ten film, nie działo się nic bardziej ciekawego niż oglądanie ptaszków, treningi czy kilka walk. Co więcej, gdybym nie wiedziała, że film był oparty na faktach, uważałabym go za niespójny.
Ale wróćmy do Oscarów. Zupełnie niezrozumiała jest dla mnie nominacja dla odtwórcy roli brata Marka (Channing Tatum), Dave'a (Mark Ruffalo), który jedyne, co zrobił, to rewelacyjnie zapuścił brodę i to by było na tyle “w temacie” tego aktora.
Zdecydowany nadmiar niedomówień, brak konkretnego problemu albo chociaż tematu, który zwróciłby uwagę widza. Film trwa ponad dwie godziny, na które przypada tylko jeden zwrot akcji, minimalne przybliżenie fabuły było by streszczeniem większości filmu. Trochę za mało, jak na Oskary, trochę za dużo czasu to trwało, bo pod koniec ziewałam i trochę bardzo nie wiadomo, o co chodzi.
Może gdyby nie fakt, że to film z nominacją, moje oczekiwania byłyby niższe, ale nie były. Oczywiście, zobaczyć warto, ale chyba lepiej poczekać, aż pojawi się na DVD. Na tle innych filmów oferowanych nam teraz przez kina całkiem całkiem, ale nadal to wizja spoconego zapaśnika, która raczej nie odmieni naszych żyć.
