O autorze
Blog o dzieciach, szkole, wychowaniu, rodzinie, relacjach. O życiu i jego przejawach.
O świecie.
Zapraszam również na Dorota Zawadzka i jeż
Strona na
Fb

Władza demoralizuje


Całkiem niedawno, w trakcie spotkania z rodzicami w pewnej mazowieckiej szkole, kiedy już wygłosiłam swój „manifest wychowania”, opowiedziałam o Januszu Korczaku i o prawach dziecka, gdy tradycyjnie rozmowa zeszła na zagadnienia przemocy wobec dzieci i jej odmian a w końcu stosowania klapsów, podniósł rękę jeden z ojców. Byłam mu wdzięczna za to, że jako pierwszy odważył się zabrać głos. Nie jest bowiem łatwo zacząć dyskusję w grupie, szczególnie, że w małej miejscowości rodzice się znają, a dzieci są z jednej szkoły i nie udaje się ściemniać i nadmiernie chwalić czy wybielać. W takich sytuacjach muszę zachęcać, by rodzice spróbowali nie mówić osobie, a o znajomych, sąsiadach, bliższej i dalszej rodzinie. O tych co nie przyszli. To zwykle pomaga.


Około 40 letni rodzic był jak się okazało tatą trójki dzieci. Jego pociechy miały odpowiednio 9, 5 i 2 latka.

Dość agresywnie zaczął mnie przekonywać, że nie ma możliwości, aby jego dzieci i dzieci w ogóle cokolwiek rozumiały z tłumaczenia. Szczególnie te małe.
- Mówię i mówię i wyjaśniam i nic nie pojmują a jak dam klapsa to od razu jakimś cudem rozumieją, więc chyba działa co? - pytał zaczepnie. - No widzi pani, daję klapsa, jak nie rozumieją co się do nich mówi i od razu jest poprawa.


Staram się zawsze zachować spokój i znaleźć dobre argumenty i przykłady. Nie jest łatwo, ale w takich przypadkach na szczęście z pomocą przychodzą mi lata praktyki. Zaskakuje mnie rozumowanie dorosłych, którzy uważają, że jeśli dziecko nie może czegoś pojąć to danie mu klapsa uruchomi jakiś cudowny mechanizm pojmowania świata. Wystarczy klaps i dziecko wszystko zrozumie.


- Rozumiem Pana podejście - powiedziałam, - poszukajmy więc analogii. Nauczycielka w szkole czy przedszkolu tłumaczy coś Pana córce. Tłumaczy,
tłumaczy i nic. Rozumiem, że według Pana powinna dać dziecku klapsa?
- No nie – odpowiedział natychmiast tata - nauczycielowi nie wolno uderzyć mojego dziecka.
- A czemu?
- Bo jest nauczycielem i ma wyjaśnić i nauczyć. Także, gdy dziecko źle się zachowuje. W szkole nie wolno bić dzieci.
- No dobrze - nie poddawałam się, - to wróćmy na teren domu. Jak to jest z nianią? Tłumaczy pańskiemu dziecku, że czegoś nie wolno a dziecko nie rozumie i nie rozumie a niania tłumaczy i tłumaczy. To niania może dać klapsa?
- No oszalała Pani? Niani nie wolno bić mojego dziecka, bo jej płacę i ma o nie dbać a nie bić. Ma się nim dobrze opiekować.
- Rozumiem, to może porozmawiajmy o bezpłatnej pomocy. O babci. Babcia tłumaczy i wyjaśnia a Pańskie dziecko nadal nie rozumie i źle się zachowuje. To może babcia ma prawo dać klapsa?
- Babci nie wolno, bo jest od kochania i rozpieszczania.
- Czyli KOMU wolno? - zapytałam w końcu.
- No mnie wolno.
- A dlaczego?
- Bo jestem rodzicem.

No i tu wyszło szydło z worka, to nie o wychowanie chodzi a o władzę.
Władzę rodzicielską.

Okazuje się więc, że bijemy, bo możemy. A przynajmniej nam się tak wydaje. Jest Ustawa – ktoś powie. Ma chronić dzieci i zapobiegać przemocy w rodzinie? Zgadza się. Ustawa jest, ale to ciągle za mało, bo kto rodzicowi zabroni bić własne dziecko we własnym domu?

On sam powinien sobie zabronić. On sam powinien wiedzieć, że mu nie wolno. Wiedzieć i rozumieć. Dlatego uważam, że wszystkie siły należy skierować na edukację. Rodzice muszą wiedzieć co robić zamiast klapsa, krzyku czy bicia.
Rodzic ma być sam dla siebie policjantem. Nie postawimy przecież w każdej rodzinie z problemami opiekuna.

Trzeba nauczyć rodziców jak być dobrymi rodzicami i jak wychowywać szczęśliwe dzieci. Takie, które nie znają przemocy.