REKLAMA
Nie mogę ostatnio zebrać myśli do napisania „wychowawczego bloga”. Od ponad tygodnia śledzę bowiem Igrzyska Olimpijskie w Londynie i wściekam się oraz wzruszam na zmianę. To pierwsze, bo większości naszych idzie „jak po grudzie”, a po drugie, gdy widzę radość i sukcesy (niestety głównie innych) olimpijczyków. Patrząc na łzy radości - nagrodę za nieprawdopodobny wysiłek, to coś mnie w gardle ściska. Ale to może jakieś zaburzenia hormonalne, albo wiek…
Oczywiście przede wszystkim skupiam się na występach Polaków, każdego z osobna, drużyny siatkarskiej i osad kajakowych czy wioślarskich. Staram się dowiedzieć jak najwięcej o nich samych i o tym, jak przebiegały ich przedolimpijskie przygotowania. Jeśli nie wiem lub nie pamiętam, to sprawdzam przebieg kariery i dotychczasowe wyniki. Zastanawiam się nad możliwościami.
Udział w Igrzyskach to nagroda za długie godziny, dni i lata treningów. Ukoronowanie przelanego potu i walki o zdobycie minimum olimpijskiego. Sportowcy uważają, że medal olimpijski to najważniejsze trofeum. Dlatego właśnie podczas zawodów oświetlanych przez znicz, tak zażarta jest walka i tak wielkie emocje.
Nie wszyscy jednak wpisują się swą postawą w szlachetne współzawodnictwo „do ostatniej kropli potu”. W naszej ekipie także znalazła się bowiem zawodniczka, która widocznie nie przykłada zbyt wielkiej wagi do Igrzysk i reprezentowania Polski, a traktuje swój udział jako jeden z wielu startów. Może powinnam napisać mocniej, bo przecież w ostatnich zawodach ta zawodniczka odnosiła sukces za sukcesem. Zależało jej i walczyła jak lwica. Na Olimpiadzie stanęła w szranki jakby od niechcenia i bez zaangażowania. Poza Igrzyskami na zawodach występuje ona zawodowo i pracuje na własne nazwisko. W Londynie przyszło zagrać dla Polski. Smutne, że jakoś jej się nie chciało, a przynajmniej ani czuć tego, ani widać nie było.
Skoro zależy większym i lepszym od niej, to czemu jej nie? Dlaczego ona tego nie rozumie? Czytając różne komentarze (niekoniecznie internautów, a raczej specjalistów i innych sportowców) odnoszę wrażenie, że tymi wypowiedziami sportsmenka odebrała sama sobie nieco sympatii widzów. Tej sympatii, na którą przecież także ciężko pracuje. Bo nie wierzę, że nie zależy jej na kibicach i ich wsparciu?
Wściekam się na widoczny u wielu naszych paraliż w chwili startu, brak psychologicznego przygotowania do wielkich zawodów. Wydaje się, że brak wielu naszym woli walki. Trochę tak to wygląda. Brakuje ułamka sekundy, brakuje jednego rzutu, brakuje kilku kilo.
Nasi zawodnicy nie osiągają w Londynie pułapu swoich możliwości. Nie biją rekordów życiowych, że o rekordach kraju nie wspomnę. Co gorsza z rzadka osiągają szczytowe rezultaty obecnego sezonu. To nie napawa optymizmem. Oczywiście rozumiem, że pojechali najlepsi, których mamy i to jest jeszcze bardziej smutne. Nie chcę być niesprawiedliwa i oczywiście nie wrzucę wszystkich do jednego worka. Oczywiście zachwycam się siatkarzami plażowymi, świetni byli badmintoniści i w mikście i indywidualnie. Nieźle pokazali się młodzi w judo. Fantastycznie wystąpili dwaj złoci medaliści. Cudne wioślarki i dziewczyna strzelająca do celu o średnicy zaledwie 5 mm.
Więcej porażek niż sukcesów. Niestety niektórzy zawiedli kompletnie, na przykład szermierki i szermierze. Słabują żeglarze, pływacy, wioślarze, niektórzy lekkoatleci. Sporo jeszcze przed nami na tych igrzyskach. Mam nadzieję, że biało czerwoni dostarczą nam jeszcze wielkich przeżyć i wzruszeń „na pudle”, a może nawet przy Mazurku Dąbrowskiego.
Jedno słowo na koniec o naszych wielkich weteranach. Widziałam Otylię, która, jeśli o mnie chodzi to mogłaby nie wchodzić w ogóle do basenu, a i tak byłaby najlepsza. Ale chciała i spróbowała i trzymałam kciuki i wierzę, że akurat ona walczyła całym sercem. Podobnie z Szymonem Ziółkowskim w młocie. Piąte igrzyska, lista wyników fascynująca i 7 miejsce. Liczy się bowiem nie tylko wynik, ale duch walki i przekonanie, że dało się z siebie wszystko a nawet więcej. Takiego przekonania życzę wszystkim naszym sportowcom.