Rodzina jest święta i nikt w żadnym wypadku nie może się wtrącać. Nikt – pod ŻADNYM pozorem nie ma takiego prawa. NIGDY I POD ŻADNYM POZOREM. To co w domu, to wyłączna sprawa rodziny i nikomu nic do tego. Nie słyszą co za ścianą, by czuć złudne bezpieczeństwo, że nikt nie słyszy tego co u nich, że nikt nie zareaguje.
REKLAMA
Kilka dni temu w pociągu, spotkałam młodego, sympatycznego mężczyznę. Jechał z koleżanką, z którą po kilkunastu minutach rozpoczęłyśmy rozmowę jak to matka z matką. O dzieciach.
Kobieta fajna, otwarcie opowiadała o sukcesach i radościach swojego macierzyństwa. Rozmawiałyśmy też o domowych kłopotach i cieszyłam się, że mama prezentowała poglądy na wychowanie bardzo zbliżone do moich. W pewnym momencie, jak to zwykle w takich dyskusjach bywa, wątek podążył w kierunku klapsów i w ogóle przemocy wobec najmłodszych. Jej rozsądek, wyczucie i szacunek dla swoich dzieci bardzo mi zaimponował. Rozmawiałyśmy o tym, że nie każdy rodzic jest taki mądry i że niezbędne są mechanizmy chroniące. I wtedy nagle ożywił się młody mężczyzna.
Najpierw zaprotestował przeciw jakiejkolwiek ingerencji państwa w sprawy rodziny.
"Rodzina jest święta i nikt w żadnym wypadku nie może się wtrącać". Uważał wręcz, że nikt – pod ŻADNYM pozorem nie ma takiego prawa. NIGDY I POD ŻADNYM POZOREM.
"Rodzina jest święta i nikt w żadnym wypadku nie może się wtrącać". Uważał wręcz, że nikt – pod ŻADNYM pozorem nie ma takiego prawa. NIGDY I POD ŻADNYM POZOREM.
Znam wielu rodziców podkreślających „świętość” i nietykalność rodziny. Często słyszę jak dają swoiste „świadectwa”, opowiadając o własnych doświadczeniach „mnie ojciec lał regularnie i wyrosłem na przyzwoitego człowieka”. Warto, by wiedzieli, że udało się im to nie tyle dlatego, że byli bici, ale pomimo to.
Znam rodziców, którzy uważają, że to co w domu, to wyłączna sprawa rodziny i nikomu nic do tego. Nie słyszą co za ścianą, by czuć złudne bezpieczeństwo, że nikt nie słyszy tego co u nich, że nikt nie zareaguje.
Znam rodziców uznających, że dziecko to ich własność. Na szczęście to humbug. Własność można sprzedać, kupić, wyleasingować czy podnająć – nic z tego nie można zrobić z dzieckiem. Dziecko nie jest przedmiotem, ono jest PODMIOTEM. Nie jest niczyją własnością. Jest odrębną osobą, za którą dorośli ponoszą odpowiedzialność.
Jedynie i aż.
Jedynie i aż.
Ale wracam do poglądów młodego – jak się okazało – taty. Z każdym zdaniem, które wygłaszał, byłam zszokowana coraz bardziej.
"Jeśli rodzic czegoś nie wyjaśnił dziecku i ono nie rozumie, to trzeba dziecko skarcić, dać klapsa, by zrozumiało i zapamiętało". Pytałam więc, czemu karze dziecko, skoro to on zawiódł, on nie wyjaśnił, on nie stanął na wysokości zadania. „Bo już brakuje czasem argumentów i nie ma czasu” - odpowiadał, ale nie widział związku z tym, że to właśnie jego dorosłego wina, że dziecko nie rozumie.
Dodam może, że pan jest tatą czteroletniej dziewczynki.
Dodam może, że pan jest tatą czteroletniej dziewczynki.
Rozpoczęła się twarda dyskusja o tym kiedy i za co – wedle młodego tatusia - można uderzyć dziecko – a więc innego człowieka. Miałam chwilami wrażenie, że pan nie zgadzał się, by uznawać w ogóle człowieczeństwo dziecka.
Dziecko – to dziecko. Nie człowiek. Na człowieka wyrośnie, jak je dobrze wychowam – sugerowały wypowiedzi taty.
A jak pan źle wychowa - to na kogo wyrośnie?
A jak pan źle wychowa - to na kogo wyrośnie?
„Można uderzyć dziecko jak przechodzi na czerwonym świetle – bo nie rozumie i nie przestrzega zasady”. Pytałam więc, czy jak da klapsa to ma pewność, że dziecko zrozumiało zasadę? Tata uważał, że tak.
Śmiać się czy płakać?
Śmiać się czy płakać?
Tata, szalenie zatroskany martwił się przy tym wszystkim, że jego dziecko w przedszkolu jest nieśmiałe i nie wchodzi – lub robi to w sposób niezadawalający dla niego - w relacje z rówieśnikami. Nie widział związku miedzy swoim zachowaniem a zachowaniem dziecka. Nie widział lęku i niepewności córki w kontaktach i relacjach z innymi. „Nie znam zasady, więc się nie wychylę, bo oberwę”, więc będę cichutko i z boku. Tak często reagują dziewczynki, chłopiec być może tak jak tata, częściej będzie stosował przemoc.
Gdy mała dziewczynka dostaje od taty klapsy, to dowiaduje się od niego, że ktoś jak kocha, to bije. Że większy i silniejszy mężczyzna może bić, gdy coś sam źle zrobi, że ona musi być czujna i wiedzieć, co się tatusiowi (czy potem innemu mężczyźnie) podoba, a co nie. A jak nie odgadnie to… dostanie.
Kiedy zapytałam swojego rozmówcę czy można, czy on dopuszcza by „wychowawczo” uderzyć miesięczne dziecko odpowiedział, że tak, ale po co?
Czyli dopuszcza pan taką ewentualność - dopytywałam się? Tak – potwierdził.
Wtedy już się zdenerwowałam i mimo, że zwykle staram się być opanowanym psychologiem, zareagowałam emocjonalnie jak matka i powiedziałam, że chyba ma zbyt mały rozum, by objąć to, co może czuć uderzane przez rodziców dziecko.
Czyli dopuszcza pan taką ewentualność - dopytywałam się? Tak – potwierdził.
Wtedy już się zdenerwowałam i mimo, że zwykle staram się być opanowanym psychologiem, zareagowałam emocjonalnie jak matka i powiedziałam, że chyba ma zbyt mały rozum, by objąć to, co może czuć uderzane przez rodziców dziecko.
Zapytałam, czy zastanawiał się co czuje jego własna, ukochana, jak mówił, córeczka.
Młody tatuś przekonywał mnie, że on nigdy, ale to przenigdy nie uderzyłby dziecka w emocjach. „Najważniejsze jest, by robić to na zimno”. Maria Łopatkowa - wybitny pedagog, powtarzała zawsze, że „bicie w gniewie jest niebezpieczne a „na zimno” jest nieludzkie”.
Młody tatuś przekonywał mnie, że on nigdy, ale to przenigdy nie uderzyłby dziecka w emocjach. „Najważniejsze jest, by robić to na zimno”. Maria Łopatkowa - wybitny pedagog, powtarzała zawsze, że „bicie w gniewie jest niebezpieczne a „na zimno” jest nieludzkie”.
Kolejną tezą było stwierdzenie, że Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie jest zła: "To prawo jest głupie i należy przywrócić koniecznie możliwość karcenia fizycznego dzieci". Rozumiem, że mój rozmówca uważa to prawo za głupie, ale ono stanowi, że w Polsce NIE WOLNO bić dzieci i każdy MUSI się podporządkować, na tym polega państwo prawa. Inaczej będzie musiał ponieść konsekwencje karne.
Dopytywałam się o to, jak karci swoje dziecko, pytałam też oczywiście w jaki sposób je nagradza? Rozmawialiśmy o „jego” domu, co bardzo wyraźnie zaznaczał, mówiąc o „w MOIM domu”. Jego dom i On stanowi tam prawa wszelkie, nawet takie, że dziewczynka zimą nie może chodzić w sukience ani spódniczce. Nie może również w takim stroju chodzić do przedszkola. Bo w każde miejsce jest odpowiedni, odrębny strój.
"Dziewczynka nie może jeździć w spódniczce na hulajnodze, bo to nieodpowiednie ubranie, nie może też iść w sukience zimą do przedszkola, bo za zimno, a nie może mieć dresów, bo się spódniczka pogniecie i będę się wstydził”.
Spotykam często takich ojców, często o nich piszę. Nieustannie staram się ich edukować, by nie uważali, że jak córka ma osiem lat to powinna już wiedzieć, bo ma osiem lat, bo ośmiolatki przecież już wiedzą.
Ten tata też uważał, że czterolatka powinna już pewne rzeczy wiedzieć, na pytanie skąd, odpowiedział, że przecież ma 4 lata. I tak w kółko.
Ten dbający – w swoim pojęciu - o moralne i dobre wychowanie dziecka ojciec, uznawał, że autonomia rodziny jest ważniejsza niż krzyki, ból i strach bitych dzieci.
Jego córki także.
Jego córki także.
