REKLAMA
Moje najintensywniejsze wspomnienie z dzieciństwa to poczucie bezpieczeństwa i ciepła. Nie pamiętam wielu wydarzeń, ale pamiętam, że byłam szczęśliwym dzieckiem. Gdy oglądam zdjęcia, których rodzice robili mi tysiące – morze, góry, lasy i cuda wianki, to jestem na nich taką małą, zadziorną, uśmiechniętą pyzą.
Było jednak zdarzenie, które utkwiło mi w pamięci bardzo dobrze. To śmierć mojej babci. Do dziś nie potrafię sobie z tym poradzić, bo nikt wtedy ze mną na ten temat nie porozmawiał.
Babcia umarła mi na rękach… To było dla mnie straszne doświadczenie. Umarła dzień po moich trzynastych urodzinach. Gdy to sobie analizuję, to myślę, że może to był właśnie moment, w którym siła traumy spowodowała, że nie pamiętam rzeczy, które działy się wcześniej.
Babcia - mama mojej mamy - przeszła nieco wcześniej zawał serca i od jakiegoś czasu pomieszkiwała u nas, bo mama się o nią bardzo bała.
Na moje urodziny - 30 listopada -, które były zawsze bardzo celebrowane, przyszły ciocie, wujkowie, kuzyni i pamiętam, że dostałam od babci pierścionek. Mój pierwszy. Był srebrny z taką przywieszką w kształcie pudelka. Nie byłam za bardzo zadowolona, że akurat był to pudelek, ale i tak byłam szalenie dumna z tego pierścionka. Spotkanie rodzinne było bardzo udane.
Chodziłam wtedy do siódmej klasy i byłam raczej dziecinna, bardziej dziewczynką niż nastolatką.
Wstałam wcześnie. Zwykle było tak, że babcia kręciła się już po kuchni, ale tego ranka jej nie było. Zajrzałam do niej. A ona leżała w poprzek łóżka, jedną nogawkę rajstop miała wciągniętą, a drugą nie. Podbiegłam do niej, a ona jeszcze coś próbowała powiedzieć, charczała, więc zaczęłam krzyczeć, wołać mamę, że coś się stało.
Razem położyłyśmy ją normalnie i pamiętam, że masowałam jej nogi. Nikt z nas, ani ja, ani mama, nie potrafiłyśmy zrobić sztucznego oddychania, ani masażu serca; nie wiadomo było, co robić?
Wezwane pogotowie stwierdziło zgon… Pamiętam, że trzymałam babcię za głowę, a ona na mnie patrzyła… Nie wiem, w którym momencie odeszła. To było straszne! Ale zostałam z tym sama, bo wszyscy wtedy zajmowali się moją mamą, bo to przecież była jej matka.
W chwili śmierci babcia miała 69 lat, więc była jeszcze dość młodą kobietą. Poza tym była żywiołowa. My wszystkie jesteśmy takie. Pamiętam, że jakaś ciocia zadzwoniła, żeby powiedzieć, że fajna była moja impreza urodzinowa, a właśnie ja musiałam odpowiedzieć: „Ciociu, babcia nie żyje”.
Później zakład pogrzebowy przywiózł do domu trumnę. Musieliśmy babcię ubrać. Więc ja też to robiłam. W takiej sytuacji człowiek najpierw działa, a dopiero potem myśli.
Bardzo długo nie chciałam się zastanawiać nad tym, co się wtedy stało. Pamiętam, że pierwszą próbę otwarcia się na to przeżycie podjęłam dopiero na studiach. To było na warsztatach psychologicznych. Trzeba było z trenerem publicznie, przy innych uczestnikach warsztatów, przerobić jakiś temat ze swojego życia. Rozłożyć go na kawałki. Zgłosiłam się na ochotnika. Uważałam, że jestem otwarta, nic mnie nie dotknie, mogę rozmawiać o wszystkim. A mężczyzna, który to prowadził, uważał, że on każdego człowieka potrafi przepuścić przez „maszynkę do mięsa”. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach i on w którymś momencie zadał mi pytanie dotyczące mojego domu rodzinnego. Po tym pytaniu poczułam, że zaraz się rozpłaczę.
Bo dotknął tego momentu – poczułam, że nie poradziłam sobie ze śmiercią babci. Nie czułam wcześniej, że tak może być. Zepchnęłam to w niebyt, a on różnymi, dziwnymi pytaniami to odkrył…
Ale zachował się świetnie, profesjonalnie, zobaczył pewnie, że zaczyna ze mnie to wychodzić, pewnie pociły mi się dłonie, bo to taka wegetatywność. Zaproponował, żebym została po zajęciach i namawiał mnie, żebym z kimś o tym porozmawiała. Ale odpowiedziałam, że sobie poradzę. Niestety, nie poradziłam sobie do dziś.
Nie boję śmierci. W dzisiejszych czasach mitologizujemy i traumatyzujemy śmierć. Mówimy, że jest straszna. Ale przecież przez wieki ludzie umierali w domach i ich bliscy byli ze śmiercią oswojeni. Człowiek od zawsze żył ze śmiercią. Dopiero teraz jest od niej odizolowany.
Mnie się wydaje, że nie sama śmierć spowodowała tę moją traumę, tylko fakt odejścia tej właśnie konkretnej osoby.
Tłumaczę też sobie, że to jest także kwestia pewnej wrażliwości. Jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy w każdej sytuacji, za wszelką cenę starają się powiedzieć, że wszystko jest w porządku.
Kiedy mnie wtedy pytano, też mówiłam, że wszystko jest w porządku, bo cierpienie należne było mojej mamie, która straciła swoją matkę. Wszystkim się wydawało, i mnie też, że ją trzeba wspierać, a nie myśleć o swoich uczuciach. A ja byłam z babcią bardzo związana. Byłam jej oczkiem w głowie. Byłam dzieckiem zostawionym samej sobie.
Od tamtego wydarzenie mija dziś 37 lat.
A ja co rok przeżywam tę jej śmierć ale wiem też, że jest moim aniołem stróżem.

Fragment pochodzi z książki "Jak zostałam nianią Polaków" - wydawnictwo Czerwone i Czarne 2012