REKLAMA
Wiele lat temu, gdy na zajęciach z psychologii rozwojowej, obejmującej czas „od poczęcia do naturalnej śmierci” opowiadałam swoim studentom, a w zasadzie studentkom, o rozwijającym się w łonie kobiety człowieku, jedna ze słuchaczek była nadzwyczaj skupiona i zadawała dużo nietypowych pytań. Jej zainteresowanie problematyką prenatalną było niewspółmiernie duże w stosunku do tego, jakie zwykle ma grupa studentów na zajęciach.
Opowiadałam szczegółowo o rozwoju przed urodzeniem, o doznaniach dziecka, o tym że słyszy ono serce matki, że czuje jej ruchy i emocje. Że można by porównać ostatni okres życia płodowego do siedzenia przy przyciemnionej lampce i ściszonej muzyce.
Zajęcia się skończyły, potem przez resztę semestru trwał cały kurs, a tamta dziewczyna w sprawie innych tematów się nie wypowiadała. Pod koniec zajęć zniknęła. Pojawiła się po pół roku, w przerwie semestralnej na moim dyżurze, prosząc o przepytanie i wpis.
Nie byłam zbyt chętna, bo przecież opuściła więcej niż dozwolone dwa zajęcia i nie powinnam zaliczać całego semestru. Ale ona wyglądała na zdeterminowaną, więc się zgodziłam. Była świetnie przygotowana i z przyjemnością rozmawiałyśmy o różnych fazach rozwoju człowieka.
Kiedy w końcu powiedziałam, że z czystym sumieniem wpiszę jej zaliczenie – choć robię to w drodze wyjątku – to przeprosiła mnie i wyszła na korytarz, by za chwilę wrócić z niemowlęciem na ręku. Okazało się, że kilka tygodni temu została mamą. Nigdy nie zapomnę tego, co od niej usłyszałam. „To dziecko to Pani zasługa”- powiedziała.
Zdumiałam się. Nie zrozumiałam o co jej chodzi. Okazało się, że już podczas moich wykładów była w ciąży, którą była zdecydowana usunąć. To co i jak mówiłam na zajęciach spowodowało, że zaczęła myśleć o dziecku, które w niej rosło, jak o człowieku. Wtedy podjęła decyzję, że urodzi i przyszła mi za to podziękować. Bo to była najlepsza decyzja w jej życiu. Powiedziała mi, że to dziecko to jej skarb i że za to właśnie jest mi wdzięczna. Pomimo, iż uważam, że nie było w tym oczywiście żadnej mojej zasługi, bo wyboru dokonała ona sama, to zrobiło mi się ciepło na sercu. Bo urodził się człowiek. I bardzo dobrze, aborcji nie było.
Kiedy przeczytałam, że Tomasz Terlikowski a także Mariusz Dzierżawski z antyaborcyjnej Fundacji Pro porównują masakrę w Newtown z aborcjami legalnie dokonanymi w Polsce, oblał mnie zimny pot.
To porównanie uważam za nikczemne. Panowie ci w jednym szeregu stawiają bowiem wielokrotnego mordercę z amerykańskiej szkoły i kobiety, które podjęły dramatyczne decyzje o aborcji ze względu na uszkodzenia i wady płodu lub zagrożenie życia czy zdrowia ich samych.
Tych dwóch spraw po prostu porównać się nie da. Nie powinni tego robić nawet ci, którzy uznają, że i jedno i drugie jest zabójstwem człowieka.
Czym innym jest bowiem decyzja indywidualna każdego z nas, wybór - nie oceniając zły czy dobry - a czym innym czyn szaleńca strzelającego do ludzi.
Czym innym jest bowiem decyzja indywidualna każdego z nas, wybór - nie oceniając zły czy dobry - a czym innym czyn szaleńca strzelającego do ludzi.
Zmiana prawa NIE wpłynie na rozstrzygnięcia, które dyktuje nam sumienie i każdy człowiek musi być świadomy, że sam odpowiada za swoje czyny. Nie za czyny innych. Jeśli ktoś chce dokonać aborcji to ja mogę tę osobę namawiać, by tego nie zrobiła. Mogę ją nawet potępić. Moja siła przeciw jej. Ale nie mogę jej zmusić do urodzenia dziecka którego nie chce, bo jest w jej łonie obarczone ciężką, nieuleczalną chorobą. Taką, która determinować może w sposób dramatyczny całe życie dziecka, jego matki, ojca i innych bliskich.
Hipokryzją pana Terlikowskiego i jemu podobnych jest to, że poza wywieraniem nacisku na kobiety, by decydowały się urodzić dziecko obciążone na przykład wielowadziem czyli zespołem wad wrodzonych lub genetyczną nieuleczalną chorobą, zmuszającą dziecko do spędzenia życia w odosobnieniu i wykluczeniu, bez szans na wyleczenie czy choćby poprawę stanu zdrowia – nie robią nic by pomóc tym rodzinom. Zupełnie nic.
Odwiedzam ośrodki, szkoły specjalne, hospicja i domy rodzin z dziećmi głęboko doświadczonymi przez los. Widzę miłość i niewypowiedziany ból. Pracuję z tymi rodzinami i niejednokrotnie dowiaduję się, że gdyby można było ulżyć cierpieniu dziecka, to niejedna matka nigdy nie zdecydowałaby się na poród. Gdyby dziś po kilku lub kilkunastu latach patrzenia na cierpienie, codzienne straszne cierpienie ukochanej osoby, ktoś dał im możliwość wyboru, niektóre wybrałyby inaczej. Mówią to płacząc i zapewniając o swej ogromnej miłości. I ja tę miłość widzę, ale widzę też lęk co będzie jak rodzica zabraknie, widzę lęk o to, co stanie się jak nie starczy pieniędzy na leki.
Każdy z nas ma jakieś poglądy w tej sprawę i każdy z nas podejmuje jakieś życiowe decyzje. Za te decyzja sam potem odpowiada. Czasem przed prawem, przed Bogiem a czasem przed sobą samym.
Kobieta, która dowiaduje się, że nosi w sobie nieuleczalnie chore dziecko musi dokonać wyboru. Urodzić czy nie. W każdym z tych przypadków zawiera się dramat. Gdy kobieta urodzi, a dziecko obciążone jest najcięższymi wadami, to dramat ten na ogół trwa całe życie, zarówno dziecka jak i jej samej. Jeśli zdecyduje się na aborcję to i tak będzie to tragedia - jej osobista.
W przypadku masakry w Newtown było zupełnie inaczej. Tam tragedia rodzin ofiar jest wyłącznie następstwem działania mordercy. Gdyby nie on, nie byłoby żadnego dramatu.
Tu jest ta różnica, której zdają się nie rozumieć niektórzy.
