REKLAMA
Wiem, że z gustami się nie dyskutuje, ale z brakiem gustu już chyba można? Wiem, że nieważne co ładne, ale co się komu podoba.
To wiem, ale mnie się nie podoba.
Cztery nuty... a może pięć.
Kilkanaście zestawionych bez większego ładu słów i … „cała Polska” się kołysze.
Cała Polska śpiewa. Albo przynajmniej tak jej się wydaje, bo większość rodaków potrafi powtórzyć nieskomplikowaną melodię. W chóralnym śpiewaniu jesteśmy jeszcze lepsi. Szczególnie po kilku głębszych.
Od jakiegoś czasu a konkretniej od wakacji – a ostatnio niestety częściej niż rzadziej, a w zasadzie bez przerwy - wokoło słychać „przebój” roku 2012.
„Ona tańczy dla mnie” – bo o nim mowa, to żenujący kawałek o niczym. Prościuteńka linia melodyczna, oparta na kilku zaledwie dźwiękach a na ekranie opalony pan z szerokim uśmiechem i kilka gibających się, wijących i prężących pań.
Pan na pierwszym planie - podobno wokalista – porusza się dość intensywnie machając rękami. Robi to z wdziękiem. Naprawdę. Szczególnie, gdy ogląda się to z wyłączonym dźwiękiem. Dobrze więc, że to „ona” tańczy dla niego, a nie odwrotnie.
Skąd fenomen tej piosenki?
Trochę chyba jak z filozofii według inżyniera Mamonia „podobają się nam melodie, które już raz słyszeliśmy”.
Małomiasteczkowe dyskoteki, viral i ostatnio lans medialny spowodowały, że - czy nam się podobało czy nie - „tańcząca ona” szalała nam w zagłębieniach kory mózgowej.
Nieuchronnie pojawiły się więc występy w telewizjach śniadaniowych, w których przekonywano nas, że oto mamy hit na miarę przeboju wszech czasów. Polska zaczęła podśpiewywać w komunikacji miejskiej i podczas przygotowań do Świąt i sylwestra.
Ci, którzy nie zakochali się w piosence ew. w wykonawcy od pierwszego usłyszenia lub wejrzenia, to flirtowali z jej nobliwszą siostrą czyli coverem w wykonaniu Cezika.
- Tak, teraz da się słuchać, bo jazz to jednak jazz.
- Teraz TO jest przebój.
Równolegle w sieci miękkie ruchy prezentował VanDame i załamywał się Chuck. Wszystko szło we właściwym kierunku.
Obywatele czuli, że powstał nareszcie hicior, na miarę „Last Christmas” albo może „All you need is love”. Co najmniej.
Ale potem było już tylko gorzej.
Ona tańczyła dla niego wszędzie i nawet w sylwestrową noc, w czasie najlepszej oglądalności – minuta przed zmianą daty - ze sceny warszawskiej imprezy masowej, a za pośrednictwem telewizji także w wielu domach - też zaśpiewał on - TEN Weekend.
Prowadzący zachęcał do bisu, bo się dziura zrobiła w scenariuszu moment przed północą i trzeba było ją czymś zapełnić, więc wokalista niczym „Wodzirej” z filmu Feliksa Falka, próbował porwać zgromadzoną pod sceną publiczność. Średnio się to udało, ale walka była.
Rozumiem fenomen disco polo, bo prawie każdy kraj ma taki właśnie rodzaj muzyki. Prosty i często siermiężny, odzwierciedlający poziom kultury muzycznej danego kraju.
Rozumiem, że najgłupsze polskie słowa, lepiej się śpiewa niż równie głupie angielskie.
Taka natura przeboju. Nie każda piosenka musi mieć „niesamowity tekst, wielki ładunek emocji i refleksji”. Powiem wręcz, jak widać na przykładzie „Weekendu”, że lepiej jak tego nie ma.
Wszystko to wiem, ale piosenka nadal mi się nie podoba. Uważam ją za muzyczny koszmar.
Mam nadzieję, że część z Was zgodzi się ze mną. Choć pewnie niektórzy niestety nie. Ale jestem otwarta na argumenty.
Zastanawiam się dlaczego „to coś” stało się przebojem, skoro w ubiegłym roku powstały, żeby wrzucić tak spod palca: „Varsovie” - Monika Brodka, „Tak blisko”- Rafał Brzozowski, „Spadochron” - Mela Koteluk, „Prawdziwe powietrze” - Loka, „Nieodporny rozum“ - Ewelina Lisowska, „Bawię się świetnie“ - Ania Dąbrowska i wiele, wiele innych ŚWIETNYCH piosenek.
Niegdyś na rynku były dostępne produkty czekoladopodobne – „Ona tańczy dla mnie” zespołu Weekend, to coś w tym stylu - produkt piosenkopodobny.