REKLAMA
Toczy się dyskusja o sześciolatkach w szkole.
To już kolejny miesiąc, żeby nie powiedzieć rok.
Ja od zawsze uważałam, że zdecydowana większość dzieci w tym wieku jest gotowa, by podjąć wyzwania stawiane przez edukację szkolną oraz samodzielnie rozwiązywać społeczne problemy w grupie rówieśniczej. Są tacy, którzy myślą inaczej.
Słychać głosy, że szkoły są nieprzygotowane, nauczyciele nieprzygotowani, dzieci nieprzygotowane, czyli nic niegotowe. Jak zawsze, porażka systemu w zderzeniu z rzeczywistością – grzmią przeciwnicy reformy.
Gdy na spotkaniach pytam o to nauczycieli, zwykle mówią mi, że są gotowi do pracy z młodszymi dziećmi. Wątpliwości mają tylko nieliczni, rzadko który przyzna się do swej niekompetencji. Czasem w kuluarowych rozmowach opowiadają historie o nietrafionych szkoleniach, o potrzebie wewnętrznej zmiany i zainwestowaniu czasu czy potrzebie uwspółcześnienia wiedzy. Niektórzy mówią, że już im się po prostu nie chce, skarżą się, że nie mają wsparcia. Zdecydowana większość jest gotowa na sześciolatki.
Gdy z kolei rozmawiam z rodzicami, słyszę wiele argumentów przeciw reformie – tłum innych – starszych - dzieci w szkole, za strome schody, za duże ławki, za małe krzesła, za ciężkie tornistry, za wysokie toalety, 45 minut w ławce bez ruchu, brak dywanu w klasie i brak świetlicy do godziny18 – po prostu koszmar i tragedia dla „maluszków”. No i ci nauczyciele…
Pytam mamy i ojców czy widzieli na własne oczy i od środka, przyszłe szkoły swoich dzieci. Część z nich to zrobiło, ale spora część, niestety, nie. Oni słyszeli tylko, że tam nic niegotowe. Słyszeli, ale nie sprawdzili.
Kolejną sprawą - która mnie zarówno zdumiewa jak i boli - jest zaniżanie przez wielu rodziców kompetencji własnych dzieci, Nieustannie słyszę, „moje dziecko sobie nie poradzi”, „moje jest za malutkie”, „moje niedojrzałe emocjonalnie”, a „moje to w ogóle nie da sobie rady w grupie”. Mimo, że w zasadzie wszyscy rodzice podkreślają wysokie możliwości poznawcze, to jednocześnie umniejszają te emocjonalne i społeczne.
Zastanawiam się czemu tak się dzieje? Czemu tak wielu polskich rodziców nie wierzy w możliwości swoich pociech? Czemu uznają, że sześciolatek bez mamusi to bezmyślna dzidzia?
A może dlatego, że na takie „ciamciaramcie” te dzieci sami wychowują? Mamusie, babcie – rzadziej ojcowie, za nie myślą, mówią czują i wiedzą? Może to opiekunowie karmią, podcierają pupy i zapinają guziki? Może to oni nie dają malcowi szansy by zmierzył się z sytuacją, gdy kolega powie „nie lubię cię”. Dorosły broni wtedy swego pisklęcia a ono nie ma pojęcia co czynić. Najlepiej więc biec do mamusi.
Może tak jest, ale oczywiście niekoniecznie. Może po prostu jesteśmy tu nad Wisłą miejscem gdzie rodzą się mniej dojrzałe dzieci? Jesteśmy najlepszymi rodzicami, ale tylko wtedy, gdy nasze dziecko jest w zasięgu wzroku? Może Polacy są jacyś inni?
Przypomnę, że człowieka uznaje się za dojrzałego emocjonalnie, jeśli zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami stawianymi ludziom w jego wieku.
Problem w tym że często rodzice nie bardzo wiedzą jakie są te oczekiwania. Zakładają więc, że są one za wysokie.
Odnosząc się do dzieci - inne wymagania stawia się sześciolatkowi a one siedmiolatkowi. Obawy rodziców sprowadzają się więc zapewne do tego że w klasie szkolnej – szczególnie mieszanej - sześciolatki będą musiały równać w górę. Pytanie więc brzmi to dobrze czy źle? Jak dla mnie ma tu zastosowanie hasło „per aspera ad astra”, a więc dobry kierunek.
Warto też zastanowić się, dlaczego rodzice tak bardzo się obawiają, skoro wiadomo, że rozwój emocjonalny jest rezultatem specyficznych oddziaływań. Prowadzą one do nauczenia się, kiedy, w jaki sposób, w jakiej formie i w jakim stopniu mogą być zaspokajane nasze potrzeby.
Czyli dziecko może się nauczyć – jak reagować na sytuacje społeczne. Jak rozwiązywać problemy. Trzeba mu jednak wyjaśnić jak nazywają się emocje, jak się je wyraża i jak sobie z nimi radzić. Uczyć i NAUCZYĆ a nie odsuwać problemy i załatwiać sprawy za dziecko. To uczenie polega na kierowanym uczestniczeniu w życiu społecznym prowadzonym od urodzenia.
Na tym właśnie polega wychowanie.
Prowadzone przed dwoma laty w ramach projektu „Mądrzy rodzice”, w których uczestniczył Rzecznik Praw Dziecka, badania kompetencji wychowawczych rodziców wykazały, że są one niezadowalające. Może należy uderzyć się w piersi i zamiast lokować problem jedynie w nieprzygotowanych nauczycielach i szkołach, uznać, że być może to my rodzice czegoś nie dopatrzyliśmy i nie nauczyliśmy?
Jeśli dziecko sześcioletnie, nie wie co zrobić i płacze zamiast szukać rozwiązań, jeśli nie potrafi samodzielnie podjąć decyzji, gdy rodzica nie ma w pobliżu, to warto pomyśleć dlaczego. Przecież inne dzieci w tym wieku sobie radzą… a więc zgodnie z definicją „zachowują się zgodnie z oczekiwaniami stawianymi ludziom w jego wieku”.
To więc nie jest „wina” systemu.
Mimo tego co napisałam powyżej, nie chcę obarczać całą odpowiedzialnością rodziców. Byłoby to oczywiście nie w porządku. Ich praca przez wszystkie lata poprzedzające karierę szkolną dziecka jest bardzo ważna, ale także ważna jest kooperacja z dobrze wykształconym nauczycielem w przyjaznym dziecku miejscu.
Muszą współgrać wszystkie elementy. Konieczna jest współpraca a nie rywalizacja czy wręcz antagonizm. O tym warto pomyśleć.
Zamiast więc krzyczeć i straszyć warto odwiedzić wybraną szkołą i samemu wszystko zobaczyć, porozmawiać z nauczycielami, dyrekcją ale także z rodzicami dzieci, które już do tej szkoły chodzą. Warto pójść na dzień otwarty lub wraz z innymi taki dzień zorganizować.
Uczestniczenie w życiu szkoły to swoiste trzymanie ręki na pulsie.
Do rozpoczęcia roku szkolnego jest jeszcze sporo czasu, starczy go na pracę z dzieckiem i nawiązanie współpracy ze szkołą. Namawiam na to.
Mam dwóch synów i obaj rozpoczęli edukację w wieku 6 lat. Chodzili do zwykłej rejonowej szkoły. W czasie ich szkolnej kariery byłam i w trójce klasowej i w Radzie Rodziców. Nasza szkoła wiecznie zagrożona rozebraniem dzięki nam – rodzicom - została na swoim miejscu, rozbudowano ją i wyremontowano. Ma plac zabaw, świetną kadrę.
Jest w niej oczywiście tłum dzieci i są za strome schody. Za duże ławki i za małe krzesła wymieniliśmy jednak na odpowiednie. Dzięki rodzicom i akcji ważenia tornistrów nie były one już za ciężkie, zakupiono dywany/wykładziny i zatrudniono drugą zmianę pań do świetlicy.
Wspólnie z Radą Pedagogiczną wybieraliśmy najlepsze szkolenia dla kadry.
Była i jest nadal gotowa na sześciolatki.
PS Gdybyśmy mieli tyle samo dobrej energii ile mamy złej na narzekanie i protestowanie, to mielibyśmy najlepiej wykształconą i przygotowaną do życia młodzież na świecie.
PPS
"Ciamciaramcia" nie jest dla mnie słowem obrażliwym ( co sugerowali niektórzy czytelnicy) - opisuje osobę trochę nieporadną, niedecyzyjną takie cieple kuski...