REKLAMA
Dorośli zauważają, że dziecko które chodzi do szkoły podstawowej, spędza przed komputerem zdecydowanie mniej czasu niż gimnazjalista czy licealista. Podobno dla nastolatka dzień bez komputera jest dniem straconym.
Z tym oczywiście jest różnie, to zawsze zależy od człowieka. Prowadzone od lat 60-tych badania wskazują, że dzieci do 15. roku życia, spędzają przed monitorem (włączając w to telewizor i komputer) około czterech godzin dziennie. Z różnych badań wynika, że młodsze dzieci (2 - 7 lat) więcej siedzą przed telewizorem, a starsze przed komputerem.
Najczęściej na dziecko, które jest wręcz „przyssane” do komputera, skarżą się rodzice dzieci między dziesiątym a czternastym rokiem życia. Chodzi tu o dzieci, które wcześniej już przed komputerem przesiadywały. Nie jest tak, że dziesięciolatka, który wcześniej nie miał komputera, gdy dostanie go w tym wieku, nie będzie można od niego oderwać. Bo uzależnienie to, jak każde inne, narasta wraz z czasem.
Pracowałam z 7-letnim uzależnionym dzieckiem i z 14-letnim. Obaj mieli długi staż. Ale znam też takich młodych ludzi, którzy komputer wykorzystują tylko do sprawdzenia poczty i do „ustawienia się” na imprezę. Dlatego nie chciałabym, żebyśmy demonizowali, że całe młode pokolenie siedzi w sieci.
To co mnie martwi - oczywiście oprócz gier w których występuje nadreprezentacja przemocy i agresji - to fakt, że do Internetu przeniosło się niejako życie społeczne naszych dzieci.
Martwi mnie, że funkcjonują w relacjach międzyludzkich „w komputerze” i w związku tym często nie umieją kontaktów nawiązywać i podtrzymywać w życiu.
My dorośli, którzy mamy za sobą podwórkowe relacje z rówieśnikami, a dopiero później nauczyliśmy się korzystania z komputera, mamy jakby dwa równoległe życia – „w realu” (z przyjaciółmi, znajomymi) i „w komputerze”.
My umiemy kogoś zaczepić i porozmawiać. Potrafimy odczytywać sygnały wysyłane przez ludzi - związane z zainteresowaniem, odrzuceniem, akceptacją itd. A niektóre dzieci tego nie potrafią. Bo nie miały treningu, bo od razu weszły w świat komputerowych znajomości. I to może być niebezpieczne.
Rozmawiając w sieci jesteśmy niejako więźniami swoich emocji, rozmawiając twarzą w twarz mamy kontakt z uczuciami i emocjami tej drugiej osoby.
Rozmawiam często z młodymi ludźmi, którzy pytają: „A skąd mam wiedzieć patrząc na dziewczynę, że jej się podobam?”, albo: „Jak mam jej dać do zrozumienia, że ona mi się podoba?”. Oni tego nie potrafią, ponieważ komputer jest zimnym narzędziem. Oczywiście wymyślono emotikony, ale one tak naprawdę niewiele znaczą. Bo jeżeli ja napiszę zdanie: „Ale piękne kwiaty” i na końcu postawię ☺, osoba do której to zdanie kieruję, może je odczytać na wiele różnych sposobów, niekoniecznie zgodnych z moją intencją. Natomiast jeśli się widzimy, a ja mówiąc „fajne kwiaty” puszczam oko lub robię minę, wtedy łatwiej i „czyściej” odbiera się zamiary.
Stąd właśnie masa nieporozumień w sieci.
Zwykle dzieci w bezpośrednich kontaktach potrafią się ze sobą dogadać, ale gdy tylko ich rozmowa przenosi się do sieci – zaczynają się kłótnie czy obrażanie. Kiedy rozmawiamy z człowiekiem w „realu”, zawsze go możemy dopytać, widzimy jaką robi minę, słyszymy czy mówi z lękiem, z dumą czy z przerażeniem. A „w sieci” widać tylko suche zdanie, a interpretację podpowiadają nam nasze emocje i nasza wiedza. Generalnie „uśmiechnięta buźka” oznacza życzliwość, ale ktoś, kto akurat ma gorszy dzień, odczytać ją może jako ironię lub kpinę.
Można powiedzieć, że rozmowa „przez komputer” jest trudna, ale nie jest to takie jednoznaczne.
Łatwiej jest bowiem nie widzieć drugiej osoby, nie widzieć jej reakcji natychmiast. Łatwiej jest napisać coś przykrego, powiedzieć prosto w oczy – zdecydowanie trudniej. W związku z tym, że nie widzimy naszego rozmówcy, w sieci czyhają pewne pułapki, których dzieci nie pojmują. Nie rozumieją na przykład tego, że napisanie czegoś w emocjach jest bardzo złym pomysłem.
Kiedy patrzymy na kogoś, możemy odczytać, czy zrobiliśmy mu przykrość. Gdy to napiszemy, możemy tego nie wiedzieć. Może tak być, bo adresata nie ma w tym momencie przy komputerze i przeczyta wpis za jakiś czas. Nasze emocje mogą przez ten czas opaść, a wysłanej informacji nie cofniemy.
Rodzic powinien wytłumaczyć dziecku na czym polega komunikacja w sieci, ale sam niestety tego często nie wie. On nawet często nie zdaje sobie sprawy z zagrożeń.
Jeżeli sam uważa, że nie ma problemów w sieci, bo dogaduje z ludźmi, załatwia tą drogą biznesy i umawia się na spotkania, to tak samo funkcjonuje świat jego dziecka.
On nie rozumie, że dziecko może mieć problem, bo nie odczytuje, co do niego napisano w podtekście.
Czyta: „Podobasz mi się” i projektuje to, co chciałoby usłyszeć, np. odbiera te słowa jako „podobasz mi się, bo jesteś fajny”. Może się wtedy „zderzyć ze ścianą”, bo być może osoba, która wysłała tę wiadomość, siedząc w towarzystwie kolegów „zrywała boki ze śmiechu”.
Trzeba starać się z dzieckiem rozmawiać i wyjaśniać „jak to działa”.
Warto wytłumaczyć także, jak ważne jest wzięcie odpowiedzialności za wypowiadane słowa. Zawsze należy mieć świadomość tego, że jeżeli cokolwiek napiszemy i przeczyta to 100 osób, to być może będzie 100 różnych interpretacji.
Trzeba więc ważyć słowa.
Na okrągło powtarzam rodzicom, by uczyli dzieci co to jest złość, co to jest agresja, co znaczy „smutno mi” czy „jestem zadowolony”. Dziecko musi nauczyć się rozróżniać emocje w relacjach społecznych widząc lub słysząc swojego rozmówcę.
Jeśli tego nauczymy, to potem w „komputerowym świecie” też to będzie umiało.
Uważam, że Facebook jest świetnym wynalazkiem i niemal „mieszkam” tam. Mimo, że wiem jak to wszystko działa to choć staram się bardzo i u mnie na ścianie zdarzają się nieporozumienia.