Każda z rodzin Superniani ma w mojej głowie i sercu swoją osobną szufladkę. Nazwiska się pozacierały, ale pamiętam imiona dzieci, matek (czasem ojców) lokalizacje oraz problemy, z którymi pracowaliśmy. Trzydzieści jeden rodzin i ogromna liczba problemów małych ludzi.

REKLAMA
Mówi się, że w małżeństwie co siedem lat przychodzi kryzys. Mija właśnie siedem lat od chwili, w której rozpoczęłam swoją przygodę z Supernianią. To kawał czasu i „wspólnego życia”.
W związku z tą nieokrągła rocznicą „rozfoliowałam“ stojące dotąd na półce kasety z trzema sezonami tego programu i cierpliwie obejrzałam je od deski do deski. Mówiąc szczerze, dla mnie była to swoista premiera. Za wyjątkiem pierwszego odcinka, który musiałam z konieczności obejrzeć na wielkim kinowym ekranie na premierze prasowej, nigdy nie widziałam odcinków w całości. Dodam, że zobaczenie siebie na wielkim ekranie w kinie jest przeżyciem traumatycznym, szczególnie, gdy zajmuje się ten ekran w całości.
Każda z rodzin ma w mojej głowie i sercu swoją osobną szufladkę. Nazwiska się pozacierały, ale pamiętam imiona dzieci, matek (czasem ojców) lokalizacje oraz problemy, z którymi pracowaliśmy.
Zastanawiałam się wielokrotnie nad tym dlaczego, pomimo upływu lat nadal jestem kojarzona przede wszystkim z tą serią. Superniania jest ze mną podczas każdego wykładu, pojawia się w rozmowach z dorosłymi i dziećmi. Nie znika również z telewizyjnych ekranów i wciąż powtarza ją stacja, z którą od lat już nie współpracuję.
Zastanawiałam się i doszłam do wniosku, że jeśli nie Superniania, to co? Czy powstał w Polsce program, który lepiej pokazuje metody pracy z dzieckiem w rodzinie? Taki, który prezentuje różne metody wychowawcze, relacje z dzieckiem z ADHD, czy w niepełnej rodzinie i po stracie najbliższej osoby? Szukałam, ale nie znalazłam.
Superniania, to po prostu jest najlepszy cykl poradnikowy dla rodziców. Również dlatego, że nie jest - wbrew klasyfikacji nadanej przez TVN - typowym reality show. Każdy odcinek to dokument, zmontowany w sposób tworzący jednolitą serię. Tak czy inaczej, moim - i nie tylko - zdaniem, to dobry program.
Powstały trzy części:
• I sezon (11 odcinków programu): 24 września 2006 - 3 grudnia 2006
• II sezon (11 odcinków programu): 9 września 2007 - 18 listopada 2007
• III sezon (9 odcinków): 7 września 2008 - 2 listopada 2008,
w sumie 31 odcinków.
Trzydzieści jeden rodzin i ogromna liczba problemów małych ludzi.
W poszczególnych epizodach dotykałam różnych spraw, od tych podstawowych związanych z niską kompetencją wychowawczą rodziców, przez nieznajomość lub zaniedbywanie praw dziecka, aż po różnorodne formy przemocy.
Każdy odcinek był inny i wymagał odrębnego podejścia i nawet, jeśli metody się powtarzały, to musiałam je z rodzicami uzgodnić i dopasować na konkretne potrzeby dziecka oraz rodziny.
Zgłoszeń było bardzo wiele, wybieraliśmy więc takie, które dotyczyły potrzeby konkretnej pomocy. Rodzice w jej poszukiwaniu przebyli zwykle już długą drogę.
Emisja każdej części to 45 minut – tyle udawało się pokazać z mojej dwutygodniowej zwykle pracy w każdym domu. Tak, spędzałam z rodziną bardzo dużo czasu, od rana do wieczora a czasem i w nocy, podczas rozmów albo „pilnowania” rodziców, by stosowali się do ustalonych zasad.
Najwyższym celem zawsze było - i jest - dla mnie dobro dziecka. Powtarzałam często zdanie, które wielu szokowało; „Nie do końca interesują mnie emocje rodziców - ZAWSZE będę walczyć o poprawę losu dziecka”.
Ktoś może powiedzieć, że niektóre sceny z udziałem dzieci były dramatyczne i drastyczne. Owszem, ale takie było życie tych rodzin i bez kamery, a zdesperowani rodzice po prostu chcieli pomocy – i ją otrzymywali. Krzyczące histerycznie dziecko, uciekające na ulicy, bijące mamę czy rodzeństwo, plujące, wymiotujące, to była dla nich codzienność.
Nie szukaliśmy sensacji, staraliśmy się zrobić maksymalnie dużo, by złagodzić przekaz. Nie pokazywaliśmy trudnych scen „jeden do jednego” – zaznaczaliśmy dokumentalnie problem i skupiałam się na rozwiązaniu i naprawieniu go. To był mój cel. Przy okazji edukowałam telewidzów.
Ostatnio zadano mi pytanie, czy udział dzieci w programie nie naruszał ich prawa do prywatności. Jeśli program służył temu dziecku – było ono jego beneficjentem – to trudno mi się z powyższym stwierdzeniem zgodzić. Jest bardzo cienka granica, której nie wolno przekroczyć, granica pomiędzy koniecznym dokumentowaniem problemu a robieniem sensacji. Jeśliby nie pokazywać sytuacji trudnych i bolesnych a czasem kontrowersyjnych nie powstałyby żaden program dokumentalny czy edukacyjny.
Po programie każda rodzina dostawała wsparcie i kontakt do specjalistów, którzy mieli wspierać rodzinę i prowadzić dalszą pracę. Wielu rodziców z tego korzystało, ale byli i tacy, którzy już podczas programu nauczyli się i dostrzegli własny potencjał. Sukcesywnie zwiększali swojej kompetencje. W końcu spotkałam oczywiście i tych, którzy uznali, że program programem a oni i tak wiedzą lepiej.
Gdy Superniania wchodziła w niedzielne popołudnia do polskich domów, słyszałam opinie, że to zbyt duża ingerencja w prywatność i enklawę, jaką jest rodzina i dom. To rzeczywiście był ogromny wysiłek dla ludzi tworzących każdą część i nie mam tu na myśli jedynie rodzin, ale także ekipę, która zostawała zderzona z ludzkimi dramatami.
Jako psycholog byłam przygotowana by sobie z tym radzić, choć i mnie zdarzały się chwile załamania… Uważam jednak , że było warto. Ten program odmienił podejście ogromnej liczby ludzi do sprawy praw dziecka. Pokazał, że dzieci mają godność, że potrzebują miłości, że nie wolno ich poniżać i bić. Byłabym najszczęśliwsza, gdyby te zmiany udało się osiągnąć poprzez pracę psychologów w zaciszu gabinetów. To jednak nie zawsze jest możliwe. Nie na taką skalę. A po drugie dlatego , że wielu widzów nigdy nie wybrałoby się z żadnym problemem do psychologa.
Gdy słyszę głosy, że lepsza byłaby praca nie metodami wywodzącymi się z psychologii behawioralnej a opartej np. na psychologii bliskości, to z chęcią zobaczyłabym taki program. Warto, by powstał. Tyle, że obecnie nikt chyba w ogóle nie jest zainteresowany, by edukować rodziców i pokazywać jak wychowywać dzieci. Nie jest to w misji żadnej stacji tv.
W prowadzonych i tworzonych przeze mnie programach zawsze respektowałam zdanie dziecka, na tym się one opierały. To dziecko w rozmowie ze mną opowiadało, co jest nie tak i ono także wykonywało swoją pracę, by wszystkim było lepiej. A jemu szczególnie. Ja się po prostu zawsze musiałam z nim dogadać, potem nauczyć tego rodziców i to był klucz do sukcesu.
Nieustannie w uszach dzwonią mi słowa pewnej nastolatki. Gdy wyjaśniłam jej, że dorośli nie mają prawa bić dzieci (na długo przed wejściem w życie nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie) – dziewczynka ze łzami w oczach powiedziała „ja wiem, ale proszę wyjaśnić to mojej mamie”. Z mamą było trudno, nie rozumiała. Nie chciała zrozumieć. Bicie było najłatwiejsze.
Wystąpienie w telewizji, bywało często aktem desperacji ze strony rodziców, bo nikt wcześniej nie był im w stanie pomóc. A ta pomoc nie byłaby możliwa bez użytych środków technicznych. Mogłam bowiem skonfrontować rodziców w ich zachowaniem. Takie „trzecie oko” niekiedy bardzo bolało, ale dlatego właśnie w przeciwieństwie do innych programów tego typu, najwięcej korzyści osiągały występujące w nim rodziny.
Program cieszy się wielką popularnością - rekordowy odcinek oglądało ponad 3 miliony, średnio było to ok. 2,2 miliona widzów.
Biorąc udział w programie, brałam pełną odpowiedzialność za to co się dzieje na planie i poza nim. Nie wynikało to z zapisów kontraktu, a z mojego poczucia odpowiedzialności zawodowej. Starałam się zawsze być dobrym psychologiem, coachem i terapeutą rodzinnym. I udało mi się to. Kontakty towarzyskie, a nawet przyjaźń z wieloma rodzinami trwająca do dziś jest tego najlepszym dowodem.
Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego po bezpośrednich spotkaniach ze mną - na przykład po wykładach ludzie mówili mi, że w TV to jestem taka sztywna i zasadnicza a na żywo „fajna babka”… Obejrzałam i już wiem.
PS Konwencja o Prawach Dziecka, artykuł 16: mówi: „Żadne dziecko nie będzie podlegało arbitralnej lub bezprawnej ingerencji w sferę jego życia prywatnego, rodzinnego lub domowego”. Do 18 roku życia za dziecko w pełni odpowiadają rodzice. Powyższe stwierdzenie „bezprawne” odnosiłoby się do działania bez zgody rodziców a „arbitralne” bez ich wiedzy.
Ja zastosowałam znacznie ostrzejsze kryteria, dla mnie bardzo ważne zawsze było to , jak dziecko występujące w programie będzie postrzegane nie tylko w dniu emisji, ale także za kilka czy kilkanaście lat. Marzy mi się wizyta u wszystkich moich bohaterów na „dziesięciolecie”.
W tym miejscu chcę podziękować wszystkim „dzieciom Superniani” oraz ich rodzicom. Obiecuję, że Was odwiedzę:).
PPS Niektórzy dziwią się, że krytykuję „Surowych rodziców” czy „Idealną nianię” –, a to przecież „reality”.
Owszem, krytykuję, bo w pierwszym odpowiedzialność za problemy – zupełnie niesłusznie - spada wyłącznie na barki młodych ludzi, a nie ich rodziców, a „praca” z nimi jest nieustannym łamaniem ich praw. W drugim przypadku, dziecko jest traktowane przedmiotowo, program nie ma żadnych walorów edukacyjnych, jest czystą, pełną wulgaryzmów sensacją i nikt raczej nie troszczy się o dziecko i jego prawa, gdy słyszy ono „jakby cię babcia kochała, to nie potrzebna byłaby niania”. A dziecko płacze.
Zapomniano o reality, został tylko kiepski show.