REKLAMA
Jestem nielotem. Tak się składa, że swoje już wylatałam i teraz lęki związane z komunikacją samolotową mnie przerastają. No więc, jestem nielotem.
W związku z tym, jakże krępującym faktem, wiele „destynacji” było poza moim zasięgiem, choć marzenia pozostały.
W związku z tym, jakże krępującym faktem, wiele „destynacji” było poza moim zasięgiem, choć marzenia pozostały.
Jednym z nich był Bliski Wschód i Afryka, nie ta „dzika, dawno odkryta” ale ta całkiem niedaleka - Egipt, Tunezja, Maroko.
Maroko było na wyciągnięcie ręki trzy lata temu, gdy podróżowaliśmy samochodem po Hiszpanii i Portugalii, wtedy jednak brak zapomnianych z domu w ferworze pakowania paszportów, pokrzyżował nasze plany.
W tym roku zapadła decyzja - Tunezja. Oczywiście samochodem. Plan niby prosty. Do Palermo a potem prosto na prom do Tunisu po tunezyjskie dwa słoneczne tygodnie.
Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Po drodze kilka włoskich miast, także wpisanych na moją listę marzeń, a nie odwiedzonych w trakcie poprzednich wojaży.
Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Po drodze kilka włoskich miast, także wpisanych na moją listę marzeń, a nie odwiedzonych w trakcie poprzednich wojaży.
Florencja, Rzym, Sorrento, Pompeje, Neapol a potem już Sycylia i Mesyna i cudowna Taormina. W końcu Palermo.
Im było bliżej przeprawy, tym byłam bardziej niespokojna. Dziesięć godzin bujania, dziesięć godzin mojego stresu. Można pomyśleć co tam, to pestka. Owszem, ale dla kogoś, kto lubi, gdy błędnik szaleje. Ja i mój błędnik zdecydowanie nie przepadamy za takimi atrakcjami. Ale skoro powiedziałam „a”…
W dokumentach i na bilecie wyraźnie napisane, że odpływamy o 23:30 a stawić się do odprawy i zaokrętowania trzeba około 19:00. Zdyscyplinowani zameldowaliśmy się więc punkt siódma.
Kilku dość miłych policjantów i celników dokładnie obejrzało nasz samochód. Wszystkie numery spisano. Potem szybki rzut oka do bagażnika, bez szczególnego zainteresowania. Pieczątka w paszporcie i do kolejki. Jesteśmy na „pudle” - drugi samochód. Czekamy…
Najpierw na to, aż odpłynie prom do Genui, który stoi jeszcze przy nabrzeżu.
Mijają minuty, potem godziny, czas dłuży się niemiłosiernie. Jest więc chwila na obserwację tego, co dzieje się dookoła.
Mijają minuty, potem godziny, czas dłuży się niemiłosiernie. Jest więc chwila na obserwację tego, co dzieje się dookoła.
Pojawiają się kolejne samochody. Małe i duże, ale za to niemal wszystkie zapakowane po brzegi jak ciężarowe. Na bagażnikach i na dachach piętrzą się setki różnorodnych zdobyczy. Czego tam nie ma…
Od wysłużonych sprzętów gospodarstwa domowego: lodówek, zlewozmywaków czy pralek do niezliczonej ilości rowerów. Są meble wszelakie, materace, skutery i zabawki dla dzieci. Są też telewizory i deski jak do szalunku, jest pościel i wentylatory. Niektóre konstrukcje przerastają rozmiarem transportujący je samochód. Celnicy oglądają bez zdziwienia, niektórym każą się rozpakowywać, wszystko trwa…
Jeden z pojazdów na którym naliczyłam kilkanaście rowerów, nie dostał zgody na wyjazd z Włoch. Nie wiem dlaczego, bo niczym specjalnie się nie wyróżniał. Smutny kierowca zwinięty w kucki palił papierosy i żywo gestykulując, opowiadał coś przez telefon.
Zbliżała się pora planowanego odpłynięcia, ale na nic się nie zanosiło, tym bardziej, że na nabrzeżu nie było jeszcze naszego promu, który, aby wypłynąć musiał przecież przypłynąć po nas i innych pasażerów z Tunisu.
Czekamy więc dalej. Mężczyźni palą i dyskutują, kobiety karmią dzieci, wszystko toczy się w powolnym rytmie, nikomu się nie spieszy. Dla nich to pewnie nie pierwszyzna.
Czekamy więc dalej. Mężczyźni palą i dyskutują, kobiety karmią dzieci, wszystko toczy się w powolnym rytmie, nikomu się nie spieszy. Dla nich to pewnie nie pierwszyzna.
W pewnym momencie dostrzegam młodego mężczyznę, który chodząc między samochodami ogląda, co kto przewozi. Twarz zdradza zainteresowanie przedmiotami zgromadzonymi przez współpasażerów. Zupełnie jakby zastanawiał się: „Jak ja mogłem to przegapić, taka świetna opona do samochodu i zlewozmywak
tylko nieco wgnieciony”…
W porcie wałęsa się wiele bezpańskich psów, tulą się do ludzi, oddając im w zamian za pieszczoty, zapewne całą masę swoich portowych pcheł.
Zbliża się północ, jesteśmy już zmęczeni, bo przebyte kilometry i upał daje się we znaki.
Nareszcie pojawia się prom z Tunisu, rozpoczyna się procedura a może wręcz ceremoniał rozładowywania. Najpierw kontenery, potem ciężarówki , kilka camperów i samochody osobowe. Dużo fabrycznie nowych fordów i mercedesów - bez numerów, zapewne montowanych gdzieś w Afryce… Kierowcy portowi śmigają nimi szybko z wyraźną radością korzystając z możliwości prowadzenia lśniących cacek. Jadą i jadą i jadą.
Nareszcie pojawia się prom z Tunisu, rozpoczyna się procedura a może wręcz ceremoniał rozładowywania. Najpierw kontenery, potem ciężarówki , kilka camperów i samochody osobowe. Dużo fabrycznie nowych fordów i mercedesów - bez numerów, zapewne montowanych gdzieś w Afryce… Kierowcy portowi śmigają nimi szybko z wyraźną radością korzystając z możliwości prowadzenia lśniących cacek. Jadą i jadą i jadą.
W końcu pada sygnał, zaczynamy załadunek. Jako pierwsi biegną piesi. Widok przywodzi na myśl skacz kabaretu Ani Mru Mru o supermarkecie. Każdy z wielkim bagażem i kocem lub ręcznikiem. Biegną jakby od tego zależało ich życie, niedługo okaże się, że życie może nie, ale za to dobre miejsce do spania, jak najbardziej.
Wjeżdżamy do środka i ostro w górę, ciasno, ciasno, lusterko w lusterko. Stop.
W końcu można wyjść. Recepcja, kajuta z dwoma kojami i oknem ☺. Można umyć ręce i pójść do baru na kawę. O mało nie potykamy się o rodzinę otuloną kocami, śpiącą tuż pod naszymi drzwiami.
Wjeżdżamy do środka i ostro w górę, ciasno, ciasno, lusterko w lusterko. Stop.
W końcu można wyjść. Recepcja, kajuta z dwoma kojami i oknem ☺. Można umyć ręce i pójść do baru na kawę. O mało nie potykamy się o rodzinę otuloną kocami, śpiącą tuż pod naszymi drzwiami.
Wtedy zrozumieliśmy, że biegnący do promu pasażerowie zajęli wszystkie kanapy, krzesła i zaciszne zakątki korytarzy. Już śpią, albo usypiają. Mają wszak miejsca leżące. Luksus.
Zwiedzamy tymczasem prom. Widać, że świetność i czas blichtru ma już za sobą. Jest wprawdzie basen, ale bez wody,
i piękny marmurowy bar, ale tylko z plastikowymi kubeczkami, dyskoteka przerobiona na noclegownię, więc nikt nie tańczy, tylko mężczyźni palą i jedzą przygotowane zapewne jeszcze w domu posiłki. Generalnie brudnawo i nędznie. Ważne jednak, że nasza kabina czysta.
Odbijamy już o 2.20. W oddali błyszczą światła miast Sycylii, bo płynąc z Palermo do Afryki trzeba ją prawie okrążyć. Podejmuję pierwszą próbę odpoczynku, ale okazuje się nieudana. Za bardzo buja i trzęsie. Wracamy na pokład, na powietrze, wokoło ciemno. Podejmuję kolejną próbę pozostania w kajucie. Nic z tego. Nadal jest coś nie tak.
Jest już czwarta nad ranem, słońce wschodzi tuż po piątej, może uda się postać na pokładzie do tego czasu?
Jest już czwarta nad ranem, słońce wschodzi tuż po piątej, może uda się postać na pokładzie do tego czasu?
Robert jednak jest bardzo zmęczony, w Tunezji musi prowadzić, więc wracamy, by mógł odpocząć. Zasypia, a ja czuję każde drgnięcie promu. Męczę się okrutnie. Buja mocno.
Ubujało w końcu i mnie do snu.
Ubujało w końcu i mnie do snu.
Nieprzyjemna pobudka około 8 rano, czuję, że zapadam się w otchłań. Już wiem, co to choroba morska. W lustrze patrzy na mnie seledynowa twarz. Wory pod oczami głębokie, że Europę by można schować. Czuję się fatalnie.
Robert, na którym ta huśtawka nie robi żadnego wrażenia – w końcu żegluje – prowadzi mnie do lekarza. Miły starszy Włoch spogląda na mnie jednym okiem i bez pytania wręcza małą pigułeczkę mówiąc z łagodnym uśmiechem: „Navigare sickness, si si”.
Wracamy do kabiny, po godzinie jest lepiej.
Wracamy do kabiny, po godzinie jest lepiej.
Na pokładzie słońce i wiatr we włosach. Mogę cieszyć się podróżą. Napotkany steward z recepcji opowiada ożywiony, że „tej nocy morze było niespokojne".
Naprawdę? Wiem coś o tym, niestety. Dochodzi południe a z nim na horyzoncie pojawia się Tunis. Przybijamy do brzegu. Stały ląd witam z radością. Rozpoczyna się procedura paszportowa i celna. Jeden uprzejmy celnik widząc naszą rejestrację zadowolony oznajmia : ”Polonia, Warszawa, capitol” i pomaga nam przebrnąć przez wszystkie tutejsze – dodam, dość skomplikowane procedury.
Obok nas celnicy po raz kolejny nakazują rozpakowanie większości osobowo-ciężarowych samochodów. Jeden z nich w sklejkach przemycał papierosy. Kierowca smutnym wzrokiem śledzi ruchy celników, którzy pakują setki znalezionych paczek do skrzynek. Jemu się nie udało,ciekawe komu tak.
W końcu pieczątka w paszporcie i wyjazd z portu.
Witaj Tunezjo:) ☺
