REKLAMA
Kilka dni temu opinią publiczną wstrząsnęła historia czteroletniego Daniela zakatowanego przez matkę i jej konkubenta. Chłopiec cierpiał niemal na naszych oczach. Tragedię „monitorowali” nauczyciele, opieka społeczna, lekarze. Patrzyli wszyscy i nikt nie widział. Nikt nie dostrzegł dramatu bezbronnego czteroletniego człowieka: maltretowanego, głodzonego, męczonego przez długi czas.
"Ostatniego dnia w szkole Daniel desperacko szukał jedzenia. Gdy inne dzieci bawiły się plasteliną, on próbował ją jeść. Wyciągnął ze śmietnika pół gruszki, a potem zjadł kiełki fasoli, posadzone w ramach szkolnego eksperymentu. Dwa dni później już nie żył" - napisał "The Independent". /za tvn24/
Służby pomocowe, miały wiele możliwości, by podjąć jakiekolwiek działanie. Nikt jednak nie zareagował. Pracownicy opieki społecznej owszem, odwiedzali dom chłopca, ale, o ile wierzyć ich raportom, nie zauważali nic niepokojącego. Lekarze, którzy oglądali sińce, zadrapania i złamania, nieodpowiedzialnie uznali je za efekty wypadków. Nauczyciele, chcieli myśleć, że wyjadanie resztek z kosza, to normalne i bezrozumnie podporządkowali się matce, która zabroniła im dokarmiać czterolatka.
Daniel był poniekąd niewidzialny. Wszyscy mieli dobre samopoczucie.
Niemal identyczny przypadek wydarzył się około12 lat temu także w wielkiej Brytanii. Mała 10-letnia Victoria Climbie umarła i dało to jej wybawienie po latach bycia ofiarą katowania i doświadczania - od najbliższych - rzeczy, których nikt nigdy doświadczać nie powinien.
Autopsja wykazała 128 izolowanych ran. Victorię rodzice przywiązywali do krzesła, przypalali papierosami i bili łańcuchem od roweru. O jej męczarniach wiedziały organizacje kościelne, służba zdrowia i NSPCC - organizacja zajmująca się zwalczaniem przemocy wobec dzieci. Po jej śmierci powstała fundacja i „wszyscy święci” publicznie obiecali sobie i społeczeństwu, że taka tragedia dziecka nie powtórzy się już nigdy.
Powtórzyła się, a takie przypadki niestety zdarzają się w każdym kraju. Dzieje się tak zawsze zbyt często. Bezpośrednio potem, przeżywamy społeczny szok, bijemy na alarm. Media nagłaśniają sprawę, specjaliści omawiają problem, przypominają co i jak należy zrobić, jak reagować, zwykli szarzy ludzie dają upust agresji wobec sprawców i co?
I nic.
Dzieci cierpią nadal, bo my dorośli traktujemy je wciąż bardzo często jak swoją własność, z którą możemy zrobić wszystko. Rodzic to przecież świętość i nikomu nic do tego jak traktuje i wychowuje SWOJE dziecko.
„To nie Pani sprawa”, „To moje dziecko, mogę robić co chcę”, „Niech się Pani zajmie czym innym” – słyszę z reguły, gdy zwracam uwagę w sytuacji, gdy reaguję na przemoc dorosłego wobec dziecka. Dołącza się także „publiczność”, zwartym frontem stając za szarpiącym malucha opiekunem. „Proszę się nie wtrącać!” „To nie Pani dziecko!” Otóż tu się mylą. Moje!
Pani, Pana i tego Pana z pieskiem też.
Czy jesteśmy tchórzami, że brakuje nam odwagi, by zareagować, gdy widzimy matkę okładającą płaczącego synka po plecach - bo do pupy nawet nie chce jej się schylić, gdy widzimy dorosłego szarpiącego dziecko, bo się przewróciło, albo ubrudziło.
Czy nie chce nam się zatrzymać i pomóc? Co robimy, gdy za ścianą słyszymy płacz dziecka?
Nie wtrącamy się do życia innych, by nikt nie wtrącił się do naszego. Co powoduje że jesteśmy głusi i ślepi?
Dlaczego uznajemy, że to nie nasza sprawa?
Każdy ma swoje wyjaśnienie, takie, które pozwala mu spokojnie spać i mieć dobre samopoczucie.
Ale to nie w porządku! Od lat to powtarzam przy każdej okazji, że niezbędna jest profilaktyka przemocy, kampanie społeczne i zaangażowane media. Okazuje się, że ciągle trzeba o tym mówić, wręcz krzyczeć, ale jak już pokrzyczymy, to koniecznie coś w tych sprawach realnie trzeba robić.
Czy wiemy jak reagować? Co powiedzieć ? Do jakich służb się zwrócić? Czy aby na pewno znamy prawo?
O co właściwie chodzi?
Chodzi o nas samych. O naszą wrażliwość, o to co każdy z nas widzi wokół siebie, o co to co wiemy i co z tą wiedzą robimy. O to jaką reakcję budzi w nas ból dziecka, którego niemal dotykamy, bo dzieje się na wyciągnięcie ręki.
Co z tego, że prawo w Polsce zabrania bicia dzieci. Nadal zbyt wielu z nas to jakby nie dotyczy. Tak nie może być!
Zawsze należy zareagować – nie wiesz jak? Nie wierzę. To tylko wymówka. Zareaguj odruchowo, tak jak ci serce podpowiada.
Zajrzyj na Reguj.Masz prawo.– to nie tylko hasło kampanii Rzecznika Praw Dziecka, to powinien być nasz naturalny odruch. Taki jak zatrzymanie się na czerwonym świetle czy skasowanie biletu w autobusie.
Wystarczy zadzwonić na policję czy do straży miejskiej – oni muszą podjąć interwencję.
Można napisać do sądu rodzinnego.
Są telefony zaufania – Rzecznika Praw Dziecka, wielu zajmujących się dziećmi Fundacji.
Można pomóc.
Mamy prawo reagować i mamy obowiązek.
Nie obywatelski. Ludzki.