REKLAMA
Nieoczekiwanie objawiła się ponownie pewna dziennikarka. Napisała taki artykuł, że czytałam kilka razy, by „nadążyć“ za jej tokiem rozumowania. Owszem czasu było szkoda, ale sprawa mnie dotyczy.
Wprowadzajac w temat poniższego tekstu oświadczam, że od 12 lat biorę - na stałe - leki na nadciśnienie. Może to zaszokuje panią Łosiewicz, ale nie widzę powodu, by na czas pracy te leki odstawiać – a wręcz przeciwnie – muszę mieć je w pogotowiu, gdy skacze mi ciśnienie np. po przeczytaniu jej rewelacji. Lekarz zalecił mi bowiem incydentalne powiększenie dawki.
Utrzymując się w stylistyce autorki przypomnę jednak po kolei, o co chodziło w całej sprawie.
Pominę wątek sześciolatków i reformy – choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że temat ten leży u podstaw pospolitego ruszenia, w którym bierze udział autorka, zarówno tego jak i poprzednich tekstów. Włącza ona go niemal w każdym akapicie, uznając, że kwiatek zawsze pasuje do kożucha.
Łosiewicz pisze w jednym tekście: „Wiedziałam, że poprawa zachowania dziecka wynikała nie tylko z metod psychologicznych, ile z przyjętych leków”. A w kolejnym uszczegóławia: ”Wiedziałam bowiem, że poprawa zachowania dziecka wynikała nie tylko z metod Doroty Zawadzkiej”.
BZDURA kompletna – bohater odcinka brał leki zanim się poznaliśmy. Kontynuował terapię również podczas programu, co nijak się ma do poprawy jego zachowania. Jeśli Pani Łosiewicz uważa, że istnieją leki poprawiające relacje w rodzinie, uczące obowiązkowości oraz przestrzegania reguł, norm i zasad to niech nie trzyma ich nazwy w tajemnicy. Nobel murowany!
Ale mówiąc poważnie. W pracy, w Superniani, w odcinkach z dziećmi z ADHD – a było ich kilka, przede wszystkim skupiałam się na tym, aby rodzice nauczyli się postępować z dzieckiem dotkniętym zespołem nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi – to pełna nazwa. Przecież nie leczyłam z ADHD – to przecież niemożliwe.
To zachowanie RODZICÓW względem syna zmieniałam. Pani Łosiewicz nie widziała tego, lub nic z tego nie zrozumiała, co jest o tyle smutne, że sama ma ambicje edukatorskie, które stara się realizować na blogu.
Podczas mojej „supernianiowej” wizyty pokazywałam mamie chłopca w jaki sposób powinna rozmawiać z synem, jak odrabiać z nim lekcje. Tłumaczyłam jak powinno wyglądać jego biurko i pokój. Zgodnie z zasadami pracy z takim dzieckiem.
Wyjaśniałam rodzicom, że włączony bez przerwy telewizor nie pomaga w skupianiu się syna oraz uczyłam ich wspólnych gier i zabaw wyciszających.
Zachowanie bohatera odcinka było takie samo przez cały program a poprawa sytuacji i dostrzegalne zmiany wynikały z lepszych relacji z rodzicami, usamodzielnianiu bohatera odcinka oraz usystematyzowaniu dnia.
Leki nie miały z tym nic wspólnego. Bo były brane tak wcześniej jak i później.
Funkcjonowanie chłopca w sumie się nie zmieniło. Mój pobyt wśród tej rodziny wpłynął jednak znacząco na wszystko to, co dziecko otaczało. Choćby na stosunek matki i ojca do syna. Chłopiec nadal miał swoje problemy emocjonalne, wszak jak już wspomniałam ADHD nie można wyleczyć, ale rodzice po programie lepiej sobie radzili.
Wyobraźcie sobie bowiem, że matka odstawiłaby leki na czas nagrania odcinka a pod koniec programu podano by je ponownie – to przecież byłoby nieetyczne i sprzeczne z zaleceniami lekarza – ale takie rozwiązanie zapewne miała na myśli pani Łosiewicz zarzucając, że „dzieci dostawały leki na planie”. Tak byłoby według pewnie niej lepiej. Pytanie dla kogo? Poza tym nie mam pewności czy dziennikarka w ogóle ma pojęcie w jaki sposób działają dostępne w Polsce leki wprowadzane w terapii ADHD. Uważa je może za leki uspokajające? Warto poczytać ZANIM się coś napisze.
Swoją drogą jestem ciekawa czy autorka tych słów w ogóle widziała jakikolwiek odcinek Superniani?
Kolejna sprawa którą stara się „wyjaśnić” Łosiewicz, to odwołanie się do "zamieszania" z kolejnym jej tekstem dotyczącym mojej osoby.
Ten tekst wywołał burzę, plotkarskie portale posądziły Dorotę Zawadzką o podawanie dzieciom leków, a sama psycholog zaapelowała, bym zawiadomiła prokuraturę, jeśli wiem o popełnieniu przestępstwa.
Przypomnę może pani Łosiewicz, bo widzę, że upały pamięć odebrały, że to nie portale plotkarskie sugerowały a ona sama. Po moim proteście Co za dużo to niezdrowo wzywającym do sprostowania wycofała się ze swoich pomówień. Pokrętne wyjaśnienia i brak przeprosin uznałam za braki w warsztacie i kulturze osobistej. Bywa.
Zawsze powtarzam, że ja nie wychowuję cudze dzieci. Od tego są ich rodzice. Ja uczę dorosłych skutecznych technik i metod wychowawczych. To oni mają pracować i poprawiać siebie i relacje we własnym domu.
Ale rozumiem, że Pani Ł. tego nie pojęła. No cóż… może kiedyś.
Kolejny „michałek” to wyrwanie z kontekstu pewnego zdania.
„To nieprawda, że rodzice wiedzą, co jest najlepsze dla ich dziecka. Uważam, że powinno się słuchać specjalistów.” To stwierdzenie ma niby dowodzić mojego lekceważącego stosunku do rodziców. Kolejna bzdura. Gdyby tak było, nie pracowałabym od 30 lat w tym zawodzie. Bardzo obchodzi mnie, by rodzice zrozumieli co do nich mówię a tym samym by los ich dzieci uległ poprawie.
Tak, uważam, że powinno się słuchać specjalistów. I pytanie kontrolne. Wyobraźmy sobie, że jakieś dziecko się jąka, moczy w nocy albo samookalecza – co powinien zrobić w takiej sytuacji rodzic? Przeczekać? Uznać że wyrośnie? Czy może jednak poszukać pomocy profesjonalisty? Może oczywiście zapytać koleżanki w pracy lub zadać pytanie na forum internetowym…
Zawsze, moim zadaniem jako psychologa było poprawianie relacji w domu, do którego przyjeżdżałam. Pokazywanie, jak mądrze wspierać dziecko. Wyjaśnianie rodzicom co i dlaczego robią dobrze a co nie najlepiej. Od rodziców oczekiwałam postępowania wg wspólnie uzgodnionych metod. Udało się to nam w każdym z 31 przypadków.
Wiem, że metody, które proponowałam i nadal proponuję rodzicom wymagają od nich pewnego dodatkowego zaangażowania, uwagi, konsekwencji. Nic by się jednak nigdy nie udało naprawić, gdyby nie rodzicielska miłość i oddanie dzieciom.
Ja to tylko pomagałam to poukładać.
PS Brak linków do tekstów Doroty Łosiewicz zamierzony.