REKLAMA
Pamiętam jeden z tych dni szczególnie.
Mam może 4, może 5 lat. W tłumie, morzu ludzi idziemy a w zasadzie suniemy do przodu. Nic nie widzę, poza szarymi płaszczami ludzi a mama mocno trzyma mnie za rękę. Jest mi duszno i strasznie.
Nie bardzo mogę oddychać, bo w powietrzu unosi się mocny zapach stearyny, niejako przypisany temu dniu. W pewnym momencie brat mamy, Włodek podnosi mnie do góry i sadza na swoich ramionach. Patrzę na tysiące ludzi próbujących przejść przez wąską bramę cmentarną. Wszyscy są ubrani inaczej niż zwykle – elegancko. Płynę środkiem ludzkiej rzeki poplamionej kolorowymi chryzantemami. Jest szaro i mży.
1 listopada - Dzień Wszystkich Świętych. Dzień odwiedzania grobów. Grobów bliskich, przyjaciół, znajomych ale zdarza się, że i obcym zapalamy światełko. Dzień pamięci o tych co byli tu przed nami i zostali za nami w cieniu.
Śmierć, odchodzenie, temat trudny dla bardzo wielu ludzi. Mało o umieraniu rozmawiamy i zwykle ze smutkiem i zadumą. Odcinamy się udając, że w ogóle nas to nie dotyczy. A przecież dotyczy, rodzimy się i umieramy, taka jest kolej rzeczy. Tak po prostu jest.
Często rodzice pytają czy zabierać dzieci na pogrzeby albo na odwiedzanie grobów 1 czy 2 listopada. Malucha lepiej zostawić w domu, pod opieką, dzięki temu będziemy mogli w spokoju zadumać się nad życiem i śmiercią. Gdy dziecko jest w stanie zrozumieć czemu wybieramy się na cmentarz, warto by pojechało czy poszło z nami.
Większość ludzi, odwiedza rodzinne groby raz, dwa razy w roku – na Wszystkich Świętych, Zaduszki no i może z jakiejś jeszcze jednej okazji. Zwykle nie chadzamy tam na spacery, no chyba że zwiedzamy nekropolie, w poszukiwaniu grobów znanych ludzi. Powązki, Père-Lachaise, Rosa, czy Pęksowy Brzyzek.
Pierwsze dni listopada to jednak okazja szczególna, przy grobach spotykają się dawno nie widziani krewni, wzruszamy się, zachwycamy tym, że dzieci tak urosły a my nadal tacy sami. Dowiadujemy się o chorobach, ślubach a czasem pogrzebach, na których nie byliśmy... Takie spotkanie rodziny w gronie żywych i tych którzy odeszli.
Dla dzieci te jesienne odwiedziny, u często nieznanego dziadka czy kuzyna, to jednak pewnego rodzaju atrakcja. Wybieranie zniczy i kwiatów. Tyle rodzajów, tyle kolorów. Znicze grające, świecące. Kwiaty prawdziwe i sztuczne i te najpiękniejsze na świecie chryzantemy. Złote kule, białe, żółte, fioletowe. Aż żal, że nie można mieć ich wszystkich.
Wspólne porządkowanie grobu, - jeśli tylko rodzice pozwalają na ten grób wejść – byle tylko ostrożnie – to wyróżnienie i odpowiedzialność. Zapalanie świec prawdziwymi zapałkami i rozstawianie ich na płycie. Ustawianie doniczek z kwiatami tak, by było najładniej. Po drodze przez cmentarne alejki czytanie napisów na pobliskich mogiłach. Listopadowa wizyta na cmentarzu to przede wszystkim wspomnienie naszych bliskich, zaduma, okazanie szacunku, modlitwa a właściwie rozmowa z tymi najdroższymi, do których tęsknić nie przestaniemy nigdy.
W drodze powrotnej wspominki o tym co było i minęło. Dzieci uwielbiają ten czas i zadają mnóstwo pytań. Wyjątkowych pytań w wyjątkowym dniu. Pytają nie tylko o śmierć i przemijanie, ale także o wspomnienia i emocje minionych chwil. Wielu z nas po powrocie do domu ogląda fotografie w rodzinnych albumach...
Bardziej jakby czujemy się rodziną i my ci, których już z nami nie ma.
Tyle nazwisk, tylu ludzi, starych to normalne ale też młodych i nawet dzieci… Wtedy często padają pytania: Dlaczego oni umarli? Przecież nie był starzy. Trudne i żmudne tłumaczenie i wyjaśnianie, aż do wybawienia w postaci straganu pełnego obwarzanków i pańskiej skórki, są też „szyszki” z dmuchanego ryżu. Buzie zalepione słodkościami zapominają o pytaniach. Trzeba zjeść, żeby odwiedziny się „liczyły”.
Ta tradycja jest w naszej rodzinie do dziś. Pańska skórka jest obowiązkowa.
Pierwszego w południe jak co rok wybiorę się do Mamy, babci, brata, do ciotek i wujów. Niektórych nigdy nie poznałam, umarli zanim się urodziłam ale znam ich z rodzinnych opowieści. A przecież „Ludzie tak długo żyją, jak pamięć o nich żyje“. Wieczorem jak zwykle pojedziemy na Powązki.
Zawsze się wzruszam tysiącami świec świadczącymi o naszej narodowej pamięci o bohaterach.
Z moimi synkami, gdy byli mali co rok zapalaliśmy także światełko pod jakąś tablicą wmurowaną w ścianę kamienicy. Tablicą upamiętniającą śmierć w czasach wojny, zwykłych, jak my warszawiaków Tych co nie mają grobu, cmentarza, ani rodziny co postawi doniczkę z chryzantemami i po zapaleniu zniczy przystanie nad nimi w zadumie. Tego dnia to my jesteśmy ich najbliższymi. Tych wszystkich bezimiennych, którzy żyją w naszej pamięci.