REKLAMA
Niedzielne popołudnie, warszawski teatr w PKiN, świetna obsada. Zapowiada się wspaniały czas. Oczekiwanie.
Okazuje się, że ludzie chyba zaczęli przychodzić do teatru jak do kina, czyli spóźnieni i mimo gongów, spektakl rozpoczął się o 15:10. Niby nic, wszystko w ramach studenckiego kwadransa, ale jakoś nieelegancko się zrobiło.
Programy teatralne kupuję zawsze, po pierwsze, bo zbieram je od lat, a po drugie wspieram tym – mam taką nadzieję – teatry. Tym razem wyjątkowo piękne wydawnictwo, pełne fotosów ze spektaklu i prób. Są opisy sylwetki autora, aktorów i wszystkich twórców.
Jest też, niestety tekst, który w zamyśle autora miał być chyba recenzją a jest...spojlerem, zwanym po polsku zemstą bileterki. Bogaty opis treści spektaklu, wraz z kluczowymi dialogami oraz... zakończeniem. Szkoda.
Niegdyś w programach oprócz biografii autora zamieszczano głównie rys historyczny, lekkie światło rzucone na czas powstania sztuki, kontekst. Teraz dowiadujemy się także, co powinno nam się podobać i dlaczego.
W rzędzie za nami dwie panie w średnim wieku. Jedna drugiej scenicznym szeptem – w końcu to teatr –opowiada o swoich rozlicznych chorobach i przygodach szpitalnych. Zupełnie nie przeszkadza jej, że zgasło światło i podniosła się kurtyna.
Delikatnie zwrócona uwaga na szczęście ostudziła rozgadane panie. Zaczyna się.
Delikatnie zwrócona uwaga na szczęście ostudziła rozgadane panie. Zaczyna się.
Spektakl „Słoneczni chłopcy” to nieco refleksyjna farsa autorstwa znakomitego amerykańskiego dramatopisarza Neila Simona.
Od momentu powstania w 1972 r. sztuka była wystawiana na wszystkich kontynentach, święciła triumfy na Broadwayu, doczekała się adaptacji telewizyjnej (1975) ze znakomitymi kreacjami Waltera Mathau i George’a Burns’a. Ten ostatni za tę rolę otrzymał Oskara. Film dostał również wiele nominacji i nagród, ze Złotymi Globami za najlepszy film i scenariusz włącznie.
Wersja filmowa (1995) z udziałem Woody Allena i Petera Falka oraz Sarą Jessicą Parker w roli siostrzenicy, także jest przezabawna i warta uwagi.
Treścią sztuki, a więc i wersji reżyserskiej Pani Olgi Lipińskiej jest spotkanie po latach dwóch starych komików. Spektakl zaczyna się w momencie, gdy dostają oni propozycję wspólnego wystąpienia z ich najpopularniejszym skeczem w nostalgicznym programie telewizyjnym. Willy Clark i Al Lewis mimo lat wspólnej pracy, a może właśnie z tego powodu, od ponad dekady nie rozmawiają ze sobą. Gdy w końcu się spotykają, wracają dawne urazy i odżywa niezakończony nigdy konflikt.
„Słoneczni chłopcy” to mądra opowieść o szorstkiej przyjaźni, gorzkim wspomnieniu dawnej sławy i bezradności wobec bezlitośnie upływającego czasu. Bohaterowie nie chcą pracować razem, ale także nie bardzo umieją żyć bez siebie. Wiele mądrości i wiele nauki można odczytać i przeżyć wraz z bohaterami spektaklu. Można a raczej można by…
Gdy podniosła się kurtyna zobaczyłam a może najpierw usłyszałam Pana Piortusia z kabaretu Olgi Lipińskiej. W wydaniu tej samej reżyserki bohater sztuki jest przerysowany, poza granicę budzącą czułość i troskę, nie jest zabawny, a po prostu głupi.
Piotr Fronczewski - którego bardzo cenię i lubię za charyzmę i kunszt, – widziałam chyba wszystkie jego filmy oraz wiele kreacji teatralnych, w tej realizacji nie wychodzi poza schemat karykatury Pana Kleksa tym razem skrzyżowanego jednak bardzo wyraźnie z cholerycznym gwiazdorem kabaretu Olgi Lipińskiej.
Krzysztof Kowalewski - świetny aktor teatralny, obdarzony genialną mimiką i językiem ciała znakomicie współgra z Fronczewskim. Widać "chemię" i jasne jest, że ten duet jest w stanie przenosić sceniczne "góry" i sprostać wyzwaniom o niebo trudniejszym niż zadanie postawione przed nim tym razem. Doświadczeni aktorzy też to, niestety wiedzą co z widowni widać, słychać i czuć.
Wrażenie niedosytu potęguje jeszcze kontrast epizodycznej roli młodego aktora, który znacznie przesadza z tak zwanym artystycznym wyrazem. Niestety średnio radzi sobie z rolą, no chyba, że w zamyśle reżyserki miała to być postać nie tylko zagubiona, ale i niezbyt rozgarnięta. W efekcie sztuka staje się "nomen omen" sztuczna, tym samym traci moc wpisaną weń mistrzowskim piórem Neila Simona i po prostu nie bawi. A szkoda.
Tu można by zakończyć recenzję. Niestety to nie wszystko. Po antrakcie scenę zastępuje bowiem na długie minuty kinowy ekran. Jesteśmy świadkami prób do występu i nie da się uciec od wrażenia, że zabieg reżyserski wymuszony został raczej względami finansowymi niż artystycznymi. Czułam się nie na miejscu wpatrując się w ekran z teatralnego krzesła. Gdyby nie fakt, że chciałam zobaczyć w jaki sposób reżyserka poprowadzi aktorów do finału, po prostu zrezygnowałabym z dalszego oglądania.
Porównałam wystawienie z 6 Piętra z amerykańskimi adaptacjami: TV i filmową. Obie serdecznie polecam, szczególnie Pani reżyser, ale także głównym dramatis personae.
PS. Na koniec jeszcze jedna uwaga, zapewne wielu widzów nie zrozumie „dowcipu” słownego dotyczącego „a-szpatułki”. Po polsku powinno być raczej „i-szpatułka”. Wyjaśniać nie będę, polecam spektakl i film, w tej kolejności. Dla porównania.
