Wyjazd polskiej delegacji – na czele z Marszałkinią Sejmu Ewą Kopacz – do Chin w samą rocznicę tragicznych wydarzeń na placu Tian'anmen wzbudził ostatnio oburzenie wielu osób. Jednak brak woli, by poprawić sytuację praw człowieka w Chinach, towarzyszy polskiej polityce zagranicznej od lat. Ostatnie wyjazdy przedstawicieli Polski, m.in. Prezydenta i Premiera, do Chin nie miały nic wspólnego z prawami człowieka. Polscy politycy podczas swych wizyt wymownie milczą na ten temat, wysyłając jasny sygnał, że naruszenia praw człowieka w Chinach to nie ich sprawa i nie będą się w nie mieszać. Sygnał ten dociera nie tylko do ich interlokutorów.

REKLAMA
logo
© Amnesty International France / Photograph © Stuart Franklin

Polscy politycy posługują się trzema argumentami uzasadniającymi brak działań na rzecz praw człowieka w Chinach: rozwojem chińskiej gospodarki, suwerennością państwa chińskiego oraz ekonomicznym interesem Polski.
Od kilku lat rozwój ekonomiczny Chińskiej Republiki Ludowej ma w ich mniemaniu ucinać dyskusję o sytuacji praw człowieka w tym kraju. Dzieje się tak pomimo polskiego doświadczenia historycznego. Wzrost chińskiego PKB i kolorowa codzienność w Pekinie skuteczne przysłaniają fakt, że, choć dawno minęły czasy szarego komunizmu i czerwonej książeczki Mao, naruszenia praw człowieka nadal są tam powszechne i bardzo poważne. Założenie, że do naruszeń praw człowieka dochodzi tylko w ubogich państwach lub w krajach z całkowicie upaństwowioną gospodarką jest oczywiście błędne. We współczesnych Chinach przyczyną naruszeń praw człowieka pozostaje system ekonomiczny, polityczny i handlowy – wykorzystany przez ludzi na różnych szczeblach sprawujących władzę.
Jak podkreślał Raport roczny Amnesty International, chińskie władze wciąż ograniczają prawo Tybetańczyków do rozwoju i promowania ich kultury, prawo do wolności wyznania, słowa, pokojowego zrzeszania się i zgromadzeń. W 2012 roku co najmniej 83 mieszkańców Tybetu – mnichów i mniszek tybetańskich oraz osób świeckich – dokonało samospalenia. Muzułmanie, buddyści i chrześcijanie oraz osoby praktykujące Falun Gong nadal są torturowane, prześladowane, bezpodstawnie aresztowane i więzione. Chiny pozostają krajem, w którym co roku wykonuje się tysiące egzekucji – więcej niż we wszystkich pozostałych krajach łącznie. Ilu dokładnie ludzi zostaje straconych w świetle prawa, nadal nie wiadomo, ponieważ władze ukrywają tę informację, traktując ją jako tajemnicę państwową.
Pomimo tych przerażających, aktualnych danych, kolejnym argumentem, aby nie poruszać kwestii praw człowieka w Chinach, jest powoływanie się na suwerenność państwową. Suwerenność zdefiniowana jest tu jako samodzielne kontrolowanie spraw wewnętrznych – bez nadzoru innych krajów. Tak sformułowane żądanie suwerenności jest zwodnicze, gdyż pod płaszczykiem niezależności skrywa pragnienie odebrania wolności: represje wobec aktywistów i obrońców praw człowieka, tłumienie wolności mediów, korupcję oraz prześladowania na tle etnicznym lub religijnym.
Poprzez powoływanie się na znaczenie rozwoju ekonomicznego oraz suwerenności państwowej chiński rząd coraz skuteczniej wymazuje z agendy spotkań międzynarodowych temat praw człowieka i sytuacji konkretnych chińskich aktywistów i obrońców praw człowieka. Podejście chińskich władz do praw człowieka ma natomiast bezpośredni wpływ również na sytuację w innych krajach. Wystarczy przypomnieć o Syrii, gdzie zgodnie z podanymi przez ONZ statystykami pod koniec 2012 roku liczba ofiar wyniosła 60 000 i wciąż rośnie. Pomimo niezliczonej ilości dowodów na popełnione zbrodnie Rada Bezpieczeństwa ONZ pozostała bierna. Rosja i Chiny uzasadniły zablokowanie reakcji poszanowaniem dla suwerenności państwa syryjskiego. Niezależnie od tego, czy mówimy o historycznych wydarzeniach na Placu Tian'anmen, czasach komunizmu w Polsce, czy ofiarach zbrodni w Syrii – bierność w imię suwerenności państwa jest niewybaczalna.
Dziś, w kolejną rocznicę pierwszych demokratycznych wyborów w Polsce, zajmijmy się przedefiniowaniem pojęcia suwerenności. Jego istota powinna polegać na samostanowieniu i braniu losu we własne ręce. Zasady tej nie możemy ograniczać do granic własnego kraju.
Założenie, że poszczególne państwa nie powinny interweniować w obronie mieszkańców Chin, nie widząc w tym swojego interesu, jest nie tylko niedopuszczalne, ale dłużej perspektywie nie jest również w ogóle pragmatyczne.
Polacy, coraz częściej wyjeżdżający do Chin, nie mogą udawać, że nie są obywatelami świata, a polscy przywódcy nie mogą tłumaczyć się, że Polska nie odgrywa istotnej roli na scenie międzynarodowej i w ten sposób uciekać od odpowiedzialności za sytuację w innych krajach.
Dlatego nie tylko globalna solidarność, lecz także globalna odpowiedzialność powinna pierwsza znaleźć swoje miejsce w walizce Marszałkini Kopacz. Przemilczanie sytuacji praw człowieka w Chinach to lekceważenie nie tylko ofiar z Placu Tian'anmen, lecz także ich wciąż poszukujących sprawiedliwości najbliższych. To również lekceważenie pragnienia wolności i sprawiedliwości współczesnych chińskich aktywistów, niezależnych bloggerów i obrońców praw człowieka oraz tybetańskich mnichów, którzy nie wahają się dokonać samospalenia, by unaocznić narzędzia represji i dezinformacji. By powiedzieć o nich głośno.