Maja Sieńkowska
Maja Sieńkowska fot: Teodor Klepczyński

Mówią, że bieganie stało się modne. Można odnieść wrażenie, że obecnie istnieje większe prawdopodobieństwo spotkania osoby biegającej niż palącej. To bardzo dobry trend. Podejrzewam, że popularność biegania wynika z jego dostępności i łatwości. Wystarczy, że wstaniesz z kanapy, ubierzesz się wygodnie i ruszysz przed siebie, czekając na te sławne endorfiny, o których wszyscy naokoło mówią.

REKLAMA
Gdzie nie spojrzysz, tam ktoś namawia do biegania, chwali się swymi wynikami na endomondo, codziennie wrzuca zdjęcia swojej zmęczonej, a jednak uśmiechniętej twarzy, umawia się z innymi miłośnikami biegania na wspólne treningi, po których na zdjęciach jest jeszcze więcej twarzy. W wielu osobach popularność tematu biegania budzi sprzeciw i awersję. Nie chodzi o samą czynność, a raczej o szereg działań dodatkowych. I nie ma się co dziwić, bo to podobne zjawisko do tego, gdy jakiś celebryta wyskakuje nam ciągle z lodówki i piekarnika. Musimy go oglądać, bez względu na to czy mamy na to ochotę, czy nie. A gdy nie mamy na coś wpływu, to zareagujemy albo stoicką obojętnością, albo irytacją, albo sami się zaangażujemy, mając wrażenie, że to wybór. Dostępność biegania wywołuje jeszcze jedno zjawisko, które irytuje lub rozbawia – uważanie się za eksperta po dwóch tygodniach treningów, często bez żadnego planu. Blogerzy piszą poradniki o tym, jak zacząć, jakich błędów nie popełniać, jak przebiec pierwsze 10 km. Dziś każdy może być specjalistą od biegania.
Ja biegam. Nie jestem specjalistą. Mogę tylko powiedzieć, co bieganie mi daje i powtórzyć rady usłyszane od trenera, zastrzegając, że nie wiem, czy dla ciebie będą dobre. Moja sympatia do biegania własnego nie maleje, rośnie i staje się coraz bardziej dojrzała. Ale są to uczucia egoistyczne, bo, jak zaznaczyłam, dotyczą tylko mojego biegania. Próbuję je chronić przed zalewem statusów z endomondo, selfie z treningu, bo chcę, żeby zostało tylko moje. Uwieczniam czasem ładne widoki czy zachody słońca. To, co widzę, wydaje mi się bardziej intersujące niż moja zmęczona twarz niczym u pani na poczcie, tym bardziej, że nie odczuwam potrzeby jej pokazywania z taką regularnością, z jaką owa pani stempluje listy. Gdy coś jest powtarzalne, codziennie takie samo, przestaje być atrakcyjne. Skupiając się na zrobieniu ładnego selfie po ukończonym biegu, wrzuceniu go na instagram, wpisaniu odpowiednich hashtagów i wybraniu filtra, zgubię sedno, endorfiny i uczucie spełnienia. A nie chcę, chcę jeszcze z nimi wrócić do domu, wejść do wanny i wypić koktajl z błogim uśmiechem. Wtedy ewentualnie mogę opowiedzieć zabawną sytuację z biegania na facebooku, bo wolę przyjemność obserwowania niż porównywania wyników.
Biegam i będę biegać, ale nie zapiszę się do „biegowej sekty”, bo lubię to robić po swojemu.