Jakub Prószyński
Jakub Prószyński naTemat / Teodor Klepczyński

Jestem jedną z tych osób, które praktycznie przy każdej aktywności potrzebują muzyki. Jeśli przemieszczam się komunikacją miejską, to najpewniej mam na uszach słuchawki. Tak samo w pracy lub podczas tworzenia nowych wpisów na bloga. Muzyka nie tylko pozwala mi się „odciąć” od otoczenia, ale też dodać pewien aspekt frajdy do wykonywanych czynności. Na przykład spróbujcie kiedyś tworzyć prezentację w Power Poincie przy epickim, symfonicznym soundtracku, który w grze/filmie ilustrował sceny batalistyczne. Zupełnie inne wrażenia.

REKLAMA
Swego czasu miałem również taką zajawkę, że nałogowo słuchałem ścieżki dźwiękowej z filmów o Jasonie Bournie. Wiecie, taka szpiegowska nuta. Wyjątkowo pomocna, gdy idzie się do pracy przez zaśnieżoną Warszawę, przyspieszając kroku, bo wyobrażamy sobie, że jesteśmy śledzeni przez wrogich agentów. Takie miniodgrywanie roli, które jest też mocno połączone z tak zwaną grywalizacją, czyli dodawaniem do codziennych czynności elementów frajdy oraz rozwiązań znanych z gier. Więcej o tym możecie poczytać u Pawła Tkaczyka.
Wracając do meritum, czyli biegania. Próbowałem biegać bez słuchawek i muzyki. Niby wygodniej, ale zdałem sobie sprawę, że nie miałem wtedy takiego powera i mocy. Stwierdziłem, że to jednak nuda i potrzebuję dodatkowego motywatora. Dlatego wpierw stworzyłem playlistę złożoną z dupstepu, drum&bassu i innych elektronicznych utworów. Biega się przy tym całkiem przyjemnie, a zwłaszcza przy utworze Fatboy Slim "Right here, right now", kto pamięta teledysk, ten wie dlaczego. Poniżej znajdziecie tę właśnie playlistę.
Z racji tego jednak, że wychowałem się na mocnej muzyce, postanowiłem po kilku tygodniach zmienić mój biegowy podkład muzyczny. Użyłem chyba najczęściej przeze mnie katowanej listy utworów, którą sam sobie skompilowałem i nazwałem szumnie "Metal Fuck Yeah", bo to chyba najlepiej ilustruje, co na niej znajdziecie. Ciężkie riffy, piekielnie szybkie partie perkusyjne i wokale, którym daleko do tego co można było usłyszeć w „Idolach” czy innych „Mam Talentach”. I przyznam się, że przy Behemoth biega się najlepiej, mega ciężka muzyka owszem, ale za to bardzo rytmiczna!
Wcześniej wspomniałem o pracy przy utworach symfonicznych. Przy bieganiu również się świetnie sprawdzają, bo można się poczuć jak jeden z herosów, który biegnie przez środek bitwy omijając strzały i włócznie przeciwników, żeby dorwać „głównego złego”, dowodzącego wrogą armią. Tu świetnie pasuje chociażby soundtrack z 300 (taki film o Spartanach, pewnie pamiętacie) lub Two Steps From Hell i utwór „Heart of Courage”.
Jeśli zaś żadna z tych playlist nie wpisuje się w Wasze gusta, to warto skorzystać z tego, co przygotował sam Spotify, czyli list utworów do ćwiczeń skompilowanych na podstawie preferencji użytkowników. Serwis mocno obserwuje do jakich list użytkownicy dodają utwory i potem na podstawie tych danych tworzy niesamowite składanki.
Mam nadzieję, że teraz Wasze kolejne kilometry będą jeszcze milsze dzięki odpowiedniej muzyce. U mnie sprawdza się to świetnie, zwłaszcza gdy jakiś energetyczny kawałek odpali się wtedy, gdy już mam ochotę wypluć płuca. ;)