
Jak każdy przyzwyczajony do kanapowego życia Polak mam czasami takie dni, że najchętniej bym się tylko z jednego boku na drugi przewracał. Na pewno Wam też się tak zdarza. Tylko leżeć z książką i leniuchować, nie ma w tym nic złego. Wszak każdemu należy się chwila odpoczynku. Chyba, że taki dzień, kiedy łapiemy lenia przypada w DZIEŃ TRENINGOWY...
REKLAMA
Wtedy to już jest klops. Nie chce się wstać, zrobić rozgrzewki, „a czemu ten trening ma być taki długi?”. Autentycznie mam czasami tak, że jednak #biegajnazdrowie nie jest dla mnie i w ogóle... Ale zobowiązałem się. Biorę udział dalej, walczę. Tylko czemu to wymaga wyjścia z domu?! W poprzednim życiu musiałem być leniwcem, to więcej niż pewne.
Na szczęście są jeszcze znajomi. Mówcie sobie co chcecie, ale jeśli obierzecie sobie jakiś cel, zaczynacie biegać, z początku niemrawo, by z czasem osiągać coraz lepsze rezultaty, a po jakimś czasie przychodzi kryzys, to najlepszym wyjściem z niego jest obserwacja i zazdroszczenie znajomym ich wyników. Że niby te wszystkie wyniki na Endomondo irytują tylko nie-biegających, a na innych nie mają wpływu? Być może to znowu jakiś mankament mojej psychiki, ale na mnie działa to na odwrót. Widzę wyniki znajomych, którzy startowali z podobnego pułapu jak ja, a mają lepsze czasy, więcej wybieganych kilometrów. Kurczę, weszli mi na ambicję.
Jeśli to nawet na mnie nie działa, to oczywiście jest najprostszy sposób motywacji, czyli waga. Na niej w ogóle na początku programu mocno się oszukałem, bo okazało się, że po kilku tygodniach ćwiczeń i rozpoczętej diecie, wręcz przytyłem! Kilka kilo do przodu, zamiast wstecz? No jak to?! Więc chyba jednak ta zazdrość wobec innych biegaczy lepiej działa. Bo żadne tam cytaty motywujące ani inne tego typu cuda nie robią na mnie wrażenia. Czysta, polska zazdrość, że ktoś umie lepiej, sprawia, że zakładam buty i wychodzę.
A jak dzień jest wyjątkowo podły lub po prostu samopoczucie nie to, mam jeszcze jeden motywator, który możecie obejrzeć poniżej. To, jak ci panowie biegają, to jest majstersztyk. I to byłby chyba kolejny poziom mojej aktywności fizycznej, jeśli przebiegnę w przyszłym roku maraton i nie umrę gdzieś po drodze. ;)
