Przed biegiem
Przed biegiem

Od czasów matury zrozumiałam, że co ma się wydarzyć w moim życiu, to i tak się wydarzy. Bo najważniejsze jest to, że jestem. Taki rodzaj filozofii życiowej pozwolił mi uniknąć stresu i nerwów. Choć z boku często taka postawa jest odbierana jako obojętność, to w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Po prostu nie denerwuję się, a przeżywam, odczuwam ekscytację nieznanym i ciekawość, co to będzie, jak to będzie. To mnie unosi i pozwala czerpać jak najwięcej z życia.

REKLAMA
Podobnie było przed moim pierwszym oficjalnym biegiem, Biegiem na Piątkę w ramach 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Dzień przed debiutem, kiedy odebrałam pakiet startowy, czułam lekkie motyle w brzuchu, które na godzinę przed startem zaczęły tak trzepotać skrzydłami, jakby chciały się wydostać na zewnątrz.
logo
Odbiór pakietów startowych

Droga na Stadion Narodowy razem z moim partnerem, który też stratował na piątkę, i innymi biegaczami wprowadziła mnie w odpowiedni nastrój. Potem spotkanie z drużynami i rozgrzewka z trenerem utwierdziły mnie w przekonaniu, że to będzie dobry dzień. Stojąc już w tłumie innych biegaczy przed samym startem, z podekscytowania przebierałam nogami i wyczekiwałam wystrzału. Doczekałam się i pobiegłam. Świetnie się czułam, biegnąc Mostem Poniatowskiego w ciepłym, jesiennym słońcu, wśród innych ludzi podzielających moją pasję. Wyprzedzałam i byłam wyprzedzana, ale odpuściłam rywalizację, która włącza mi się automatycznie w takich momentach. Niosły mnie emocje, tłum i świadomość, że meta coraz bliżej. Kiedy byłam w połowie jednej strony mostu, zanim jeszcze dobiegłam do palmy, zobaczyłam po drugiej stronie wracającego już Yareda, zwycięzcę ubiegłorocznego maratonu PZU, biłam brawo razem z innymi uczestnikami. Już po biegu umówiłam się z Yaredem, że w przyszłym roku wbiegamy na metę razem. ;)
logo
Bieg na Piątkę fot. Agata Lipiec

Na ostatnim kilometrze opadłam trochę z sił i zwolniłam tylko po to, by ponownie przyśpieszyć, gdy moim oczom ukazał się Stadion Narodowy, czyli meta. Na ostatnich pięciuset metrach dzięki piosence „Best of you” zespołu Foo Fighters dostałam ogromnego kopa, zebrałam siły, o które sama się nie podejrzewałam i wbiegłam na metę w pełni szczęścia. Emocje nie do opisania.
28 września zapisał się jako jeden z najlepszych dni tego roku. Pokonałam siebie i dobiegłam na metę w 25 minut i 59 sekund, dzieliłam emocje z najbliższym mi człowiekiem i całą drużyną „Biegaj na zdrowie z PZU”. Dziś na samo wspomnienie znowu czuję motyle. Te wszystkie pozytywy zmobilizowały mnie do dalszej pracy, której efekty widać gołym okiem. W ostatnim czasie, jeszcze przed biegiem, odczuwałam lekkie znużenie dietą i brakiem diametralnych postępów w wynikach. Okazało się, że trener wie, co robi, wszystko to było ukartowane, by w odpowiednim dniu zrobić życiówkę.
logo
Z Yaredem

Jednak teraz zabawa się skończyła, a zaczęły się przygotowania do marcowego półmaratonu. W chwilach zwątpienia będę wracała do wspomnień z piątki. Dziś trudno mi sobie wyobrazić, że przebiegnę ponad 21 kilometrów.