Bieganie, jak każda aktywność fizyczna, zmienia perspektywę. Nie tylko tę dotyczącą trybu życia, aktywności czy zdrowszego jedzenia. Zmienia w ogóle perspektywę patrzenia na świat. Od spraw mniejszych po większe.

REKLAMA
Wczorajszy trening był z tych dłuższych i mniej przyjemnych. Nic nie poradzę — nie lubię wolnego biegania. Trudniej mi się biega poniżej swojego optymalnego tempa. Teoretycznie więc ostatnie minuty biegu powinny mnie cieszyć, że „nareszcie”, „jeszcze tylko chwilka”. Nie da się ukryć, że jeszcze niedawno ostatnie 10-15 minut biegu to było nieustające odliczanie do końca. Jeszcze tylko 12 minut. Jeszcze 10… 9… 5… 4… 3:30… 3:15… itd.
Teraz jest inaczej. Teraz gdy orientuję się, że już tylko kilkanaście minut do końca, to mówię sobie: „wyluzuj się i naciesz tymi ostatnimi minutami, bo następny trening za dwa dni”. I to działa. Przestałem myśleć o tym, że już za chwilę upragniony koniec, a zacząłem pełniej doceniać ten czas, który mam dla siebie na oczyszczenie głowy po całym dniu pracy.
Inna zmiana, która bardzo mnie cieszy, to wpływ samopoczucia po dniu pracy na trening. Jeszcze miesiąc temu, wychodząc na trening po męczącym psychicznie dniu wracałem zły. Za każdym razem stres zebrany z całego dnia odbijał się na wieczornym bieganiu. W skrajnych przypadkach nie kończyłem treningu (a to było bardzo irytujące). Tak jak wcześniej nie byłem w stanie zrozumieć, jak ludzie mogą „wybiegać całodniowe stresy”, tak teraz rozumiem to doskonale. Wychodzę wieczorem i mam czas tylko dla siebie. Nie napinam się na robienie życiówek na treningu (bo od tego mam zawody). Biegam coraz bardziej dla siebie, zamiast biegać dla wyniku. Dzięki temu wieczorny trening nie jest kolejną dawką stresu spod znaku „jaki będzie czas?”, „czy uda się poprawić wynik z ubiegłego tygodnia?”, a staje się czasem relaksu.
Nadal wracam z treningu wykończony fizycznie, ale teraz jest to zmęczenie tak przyjemne, że nie chciałbym go zamienić na nic innego.
Niby wszyscy wiemy, że dla własnego dobra trzeba umieć odróżniać rzeczy na które mamy wpływ, od reszty, ale większość zapomina o tej prostej zasadzie w 3 minuty po przekroczeniu progu biura. Kiedy wychodzę na trening z zamiarem zrobienia „dyszki” i po 3 km pokonuje mnie żołądek, to wracam do domu, a „dyszka” czeka na kolejny trening. Świat się od tego nie zawali, nikt nie umrze, a mnie też wielka krzywda się nie dzieje. Z organizmem nie wygrasz. Dzięki temu nauczyłem się, że zawodowo też czasem warto odpuścić, zrobić coś innego w danej chwili a do projektu, który nie idzie, wrócić za chwilę. Łatwiej się funkcjonuje na płaszczyźnie zawodowej, kiedy wiesz, że każdemu może się czasem coś nie udać.
Akceptacja porażek, zwłaszcza na etapie, kiedy się uczymy, zapewnia dużo większy spokój wewnętrzny i „lepsze życie”. To nie oznacza, że z takich porażek nie trzeba wyciągać lekcji. Każdy przerwany trening oznacza, że coś zrobiłem źle, każdy projekt nie zakończony sukcesem oznacza, że gdzieś był błąd. I z tych nielicznych potknięć trzeba wyciągać naukę.
Dzięki bieganiu jestem zdecydowanie spokojniejszym człowiekiem. Fakt, że mam taki zawór, którym uchodzi spora część nagromadzonej energii zapewne ma swoje znaczenie. Ja jednak wierzę w to, że największy wpływ mają zmiany w psychice. Zmiany, które powodują, że umiesz sobie zadać pytanie „ale czy to jest istotne?”, „czy ja się tym powinienem denerwować?”, „czy to coś zmieni?”.
Życzę Wam dużo spokoju. Spokoju biegacza.