O autorze
Drużyna blogerów to dwie kobiety i dwóch mężczyzn, których łączy zamiłowanie do nowoczesnych form komunikacji w Internecie oraz odwaga do podejmowania wyzwań. W jej skład wchodzą:

Maja Sieńkowska – dziewczyna wiecznie zaczytana, co udowadnia na swoim blogu, gdzie pisze o literaturze. Teraz tradycyjne książki postanowiła odstawić na półkę i skorzystać z oferty audiobooków, które umilą jej treningi.

Dorota Nowacka i Jakub Prószyński – to para, nie tylko w realu, ale i w wirtualu. Poznali się dzięki blogom, teraz jeden prowadzą razem, o PR-rze, social media i marketingu. I postanowili sprawdzić, czy w sporcie też sprawdzą się jako para.

Paweł Lipiec – w zakładce „o mnie” na swoim blogu pisze, że lubi konkret, który rozumie jako coś namacalnego. Ciekawe, czy właśnie dlatego zdecydował się podjąć nasze bardzo konkretne zadanie i wziąć udział w programie biegowym?

Iwona Stepajtis - Zakręcona na punkcie zwierząt, dlatego też prowadzi bloga o swoim psie i jego przygodach. Ma wiele zainteresowań, do których ostatnio z uśmiechem dopisała bieganie.

Paweł Lipiec: Życie zaczyna się po… czyli o przekraczaniu granic

Miałem pisać o tym, jak to jest po pierwszej „dyszce”, ale pomyślałem sobie, że za chwilę po 15 km czy później, po półmaratonie będę musiał na nowo ten temat poruszać, więc lepiej będzie napisać o granicach. Dokładniej rzecz ujmując o przekraczaniu granic i robieniu rzeczy niemożliwych.



Wychodzę z domu i spokojnym spacerkiem idę na przystanek autobusowy. Jest marzec, do lata jeszcze kawałek, ale słońce świeci i zapowiada się piękny dzień. Z daleka widzę podjeżdżający na przystanek autobus. Mój. Robię szybki rachunek i przeprowadzam sam ze sobą wewnętrzny dialog:
— Jeśli podbiegnę, to pewnie jeszcze na niego zdążę…
— A może nie zdążę i nie ma sensu biec?
— Ale sporo ludzi wsiada, to jeszcze chwilę postoi, może podbiegnę?
— Już ich coraz mniej, nie opłaca się.
— No teraz to faktycznie już nie zdążę.


Tak było jeszcze pół roku temu. Po co miałem się „przemęczać”, skoro za 5 minut podjedzie kolejny autobus? Żeby się nie spóźnić na spotkanie? Bez przesady, 5 minut jeszcze nikogo nie zbawiło. Zdążę. Takie było moje podejście. Tak było w wielu aspektach. Doprowadziłem do stanu, w którym zrobienie byle drobiazgu urastało do budowania „wielkiej logistyki”, co sprawiało, że motywacja spadała.


Dziś, kiedy nie chce mi się wyjść na trening, przeskakuję w ubrania biegowe. Skoro już się przebrałem, to wychodzę „chociaż na rozgrzewkę”. Później już żal nie pobiegać chociaż 10-15 minut. Kolejne pół godziny czy godzina mija już mimochodem.

Zajrzałem wczoraj do swojego dzienniczka treningowego i sprawdziłem, jak wyglądały moje pierwsze treningi. Trwały 10-15 minut i na minutę truchtu przypadały 2 minuty marszu. Dziś, jeśli wychodzę pobiegać, to sam bieg trwa od 40 do 90 minut. W pierwszych miesiącach nie wyobrażałem sobie ciągłego biegu przez 5 minut. Kiedy to się udało sceptycznie patrzyłem na 5 km — jaki to był wtedy dla mnie długi dystans! Po pokonaniu „piątki” pomyślałem, że super, fajnie, że udało się pokonać 5km, ale 10?! To drugie tyle, a ja po tych 5 km byłem już nieźle wymęczony!


Pierwszą 10 na treningu zrobiłem niechcący. Miałem wyjść i biegać godzinę. Dowolnym tempem. Nie sprawdzałem dystansu, bo biegaliśmy na „wybieganie czasu”. Skończyłem trening, zerknąłem na aplikację w telefonie, a tam… „Twój nowy rekord na 10 km!” Skoro nigdy w życiu nie przebiegłem 10 km to siłą rzeczy był rekord ;). Nie powiem, byłem mocno zdziwiony. Ja i 10 km. Wydawało mi się to kompletnie niewiarygodne. Później przyszły pierwsze oficjalne dziesiątki i… da się. Skoro ja dałem radę to znaczy, że nie trzeba być człowiekiem o nadprzyrodzonych mocach, żeby pokonać ten dystans.

Dziś zaczynam wierzyć w pokonanie półmaratonu. Na treningu mogę zrobić już ok. 15 km. Wracam po takim biegu do domu i przypominam sobie, jak to było pół roku temu. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że będę biegał kilkanaście kilometrów i po powrocie do domu zamiast umierać z bólu będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, to zaleciłbym mu szybką konsultację z psychiatrą.

Dziś moją granicą, którą chce pokonać, jest półmaraton. To jest taka granica, którą już widzę i wierzę, że lada chwila ją przekroczę. Wiem, że gdzieś tam, za kolejną górą, czeka na mnie jeszcze ten królewski dystans, ale o nim jeszcze nie mam odwagi myśleć.

Poza największą i niezaprzeczalną zaletą biegania, którą dla mnie jest poznanie masy pozytywnych ludzi, wielką zaletą jest to, że z miesiąca na miesiąc udowadniam sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jeśli coś Cię przerasta dzisiaj, to znaczy, że wystarczy trochę pracy i jutro będzie już „tylko” wyzwaniem, a pojutrze błahostką. To się nie zrobi samo, ale wychodząc każdego dnia „na trening” budujesz przewagę w dniu „startu” i kiedy przyjdzie Ci się zmierzyć z niemożliwym, okaże się, że… Impossible is nothing!