Paweł Lipiec:  Podziwiam, mi by się nie chciało!
Paweł Lipiec: Podziwiam, mi by się nie chciało! Fot. Materiały promocyjne / PZU

W ostatnim tekście Sylwia napisała o swojej wrodzonej niechęci do statystyki, cyferek, analizy etc. Jako tzw. umysł ścisły muszę napisać coś, co zrównoważy to ekstremalnie humanistyczne podejście do biegania.

REKLAMA
Śledząc rozmaite dyskusje biegaczy (i nie biegaczy) o bieganiu w sieci dochodzę do wniosku, że to jest jednak piękne. To jest niesamowicie piękne, że ludzie biegają z tak różnych powodów i tak różne rzeczy ich motywują do tego, by podjąć tę elementarną aktywność ruchową, jaką jest bieg.
My, uczestnicy programu PZU #BiegajNaZdrowie, też mamy bardzo różne podejście i bardzo różne motywacje do biegania. Jedni walczą z czasem, inni się z nim zaprzyjaźniają — ktoś walczy o kolejne sekundy na 5 czy 10 kilometrów, ktoś inny walczy o wydłużenie biegu o kolejne 10 czy 15 minut.
Jak się zmotywować?
To pytanie pojawia się bardzo często, zwłaszcza teraz, kiedy temperatury nie rozpieszczają, a pogoda, politycznie rzecz ujmując, nie zachęca. Nawet ci znajomi, którzy biegają, pytają czasem, co mnie motywuje do biegania zimą, kiedy jest tak ciemno, zimno, wieje i ogólnie nawet pies niechętnie wychodzi na spacer.
Mnie osobiście wystarczająco motywuje fakt, że mam na dany dzień wpisany trening w dzienniczku. Od początku przyjąłem prostą – wręcz wojskową – strategię. Od tego jest trener, żeby myślał co, jak, kiedy i w jakich dawkach mam wykonać, aby „dojechać” do maratonu. Moje zadanie to wykonać to, co zostało zaplanowane. Dzięki temu zwolniłem się kompletnie z myślenia czy mogę sobie odpuścić jeden trening, albo chociaż zrobić go częściowo, albo zawrócić w połowie, bo właśnie zaczyna wiać niemiłosierny wiatr. Nie mam tych problemów. Jest plan – musi być wykonanie. Gdybym mógł sobie ten trening odpuścić, w dzienniczku miałbym wpisane „[…] lub odpoczynek”.

Motywują mnie cyferki!

Sprawdziłem po pierwszych 10 dniach stycznia, jak wygląda nasze obciążenie treningami w stosunku do tego, co było w kwietniu 2014 r., kiedy zaczynaliśmy przygodę z Programem Biegowym PZU. Przebieg z kwietnia ub. r. (zarówno pod względem ilości kilometrów, czasu treningów czy spalonych kalorii) zrobiłem w ciągu tych pierwszych 10-11 dni stycznia. Patrząc na styczniowy plan szacuję, że zrobię w tym miesiącu co najmniej 150 — 200 km biegów. W stosunku do tego, co udawało się z siebie wykrzesać 6-9 miesięcy temu, to olbrzymi postęp.
Przez te 9 miesięcy zgubiłem ok. 15 kg. To oznacza, że zgubiłem pewnie ok. 20 kg tłuszczu oraz zbudowałem kilka kg mięśni. Czuję się zdrowiej, sypiam lepiej, a moje BMI spadło po raz pierwszy od niepamiętnych czasów wczesnostudenckich do stanu „w normie”.
Nasze treningi są tak różnorodne, że trudno mierzyć postęp w kolejnych miesiącach za pomocą samej ilości przebytych kilometrów. O słabości tej miary pisałem wcześniej na blogu. Dlatego poza oczywistymi różnicami, które zauważam, jak to, że mogę biegać dłużej i dalej, analizuję sobie wszystkie możliwe wykresy i dane, jakich dostarcza mi Garmin i Endomondo.
Dzięki temu mogę obserwować bardzo wymierne zmiany i przesuwanie się kolejnych granic, jakie próbuje mi ustawiać mój organizm. Te cyferki potrafią być bardzo motywujące. Jeszcze tylko 3 kilometry, jeszcze kwadrans, jeszcze trochę i poprawię dotychczasowy rekord, przecież niemożliwe, żeby nie było postępu przez ostatnie 2 czy 3 tygodnie. Każdy argument jest dobry, aby wytłumaczyć głowie, że dam radę. Dlatego stosuję te wszystkie sztuczki z gatunku „tyko do zakrętu”, „jeszcze tylko 3 kilometry”, „jeszcze 10 minut i zostanie ostatnie półtora kilometra” i to działa.
Jeśli szukasz swojej motywacji, to…
Najczęstszy argument jaki słyszę, to „a bo mi się nie chce jak jest tak zimno”. Ej, bądźmy poważni — nikomu się nie chce! Myślisz, że mi się chce wychodzić spod ciepłego koca na ten mróz i wiatr? Też mi się nie chce! Ale wiem, że zimą jest za zimno, latem za gorąco, jesienią za bardzo wieje, a wiosną ciągle pada. Jeśli będę szukał wymówek, to nigdy nie wyjdę.
W takie dni, kiedy jest totalnie zimno i tak bardzo mi się nie chce, stosuję metodę małych kroków. Najtrudniejszy jest ten pierwszy: wstać spod ciepłego koca i przebrać się w ciuchy do biegania. Później już jest łatwiej, bo skoro się przebrałem, to nie będę tak siedział w domu. Zwłaszcza, że w ubraniu na -5 stopni Celsjusza, siedząc w domu, gdzie mam ok +20 stopni, zagotuję się w 5 minut. Jak już wyjdę, to muszę zrobić chociaż rozgrzewkę, żeby nie marznąć. Później, skoro już nie jest zimno, szkoda wracać do domu bez biegania, więc może chociaż kilka kilometrów… I tu już problem jest rozwiązany — to się nigdy nie kończy na kilku kilometrach.
Nie ma uniwersalnego środka jeśli chodzi o motywację. Jeśli główny cel — jakiegokolwiek sobie nie przyjmiesz — wydaje Ci się bardzo odległy, a droga do niego przeraźliwie długa, ustal „checkpointy”. Ja zawsze sobie powtarzam, że żeby dotrzeć do maratonu, który jest celem na ten rok, muszę w każdym miesiącu zrobić określoną liczbę treningów, przebiec odpowiednią ilość kilometrów etc. Aby osiągnąć te miesięczne cele muszę na nie pracować w każdym tygodniu. A żeby ten tydzień był owocny muszę dziś ruszyć tyłek z kanapy i wyjść na trening.
Mówiąc inaczej: nie da się zbudować piramidy kładąc tylko co drugi czy co trzeci kamień. Każdy trening jest najważniejszy.