REKLAMA
Dzisiaj przypomniała mi się moja ostatnia wypowiedź na tym blogu, która dotyczyła bycia mądrzejszym od trenera i dzisiaj też miałem potwornie trudny dzień w pracy. Był potworny ze względu na to, że doszło do wyjątkowego przeinaczenia wypowiedzi jednej z istotnych osób w firmie, przez co szereg innych członków zespołu w mgnieniu oka utraciło motywację. Rozmawiałem o tym mailami z moją najlepszą przyjaciółką, która przy okazji jest moją współlokatorką, a prywatnie matką moich spadkobierców i na końcu moją pierwszą żoną i czytając tą korespondencję zdałem sobie sprawę, że poniżej zacytowane zdanie z jednego z maili, które jest wyjętą z kontekstu moją wypowiedzią na temat zarządzania ludźmi, idealnie wręcz pasuje do biegania.
„… trzeba mieć doświadczenie. Parę osób naobrażać, kilka niesłusznie wyrzucić, parę do siebie zrazić. Zrobić z siebie parę razy idiotę i utracić kontakt z kilkoma ważnymi ludźmi, którzy zaczynają tobą gardzić - wtedy wiesz co to znaczy zarządzanie i wtedy dopiero stajesz się dyrektorem. Szefem. Ja to wszystko przeszedłem i wiem dlaczego tak postąpiła. Ważne, żeby się nie wypalić i żeby iść do przodu”
Dlaczego to zdanie pasuje do biegania? I jaki jest wspólny mianownik biegania i pracy z ludźmi. Szczególnie jak musisz być dla nich liderem?
Moim zdaniem za sukcesem i tutaj i tam stoją dwa słowa: pokora i doświadczenie.
Nie jestem ani doświadczonym dyrektorem, ani doświadczonym biegaczem. Bardziej w sumie tym dyrektorem, ale bieganie jest trudniejsze. Choć i tu i tu trzeba być pokornym człowiekiem o żelaznej dyscyplinie. Naturalnym dążeniem człowieka, który para się jakąś aktywnością jest osiągnięcie sukcesu, osiągnięcie celu. Oczywiście sukcesem są różne rzeczy dla różnych ludzi. Dla mnie sukcesem jest pobiegnięcie piątki w pół godziny podczas gdy mój kolega z drużyny Krzysiek przeczołgałby pięć kilometrów w pół godziny albo i szybciej. Ważne jednak jest to, żeby przekonać samego siebie, że nie ma porażek. Są tylko informacje zwrotne.
Wiele razy w życiu się podnosiłem. Zawodowo nie byłbym tu gdzie jestem gdybym nie przeszedł tego wszystkiego, o czym napisałem mojej żonie dzisiaj. W bieganiu nie byłbym tu gdzie jestem, gdybym nie wyciągnął wniosków z biegu 28 września na piątkę, który na własne życzenie schrzaniłem. Dzisiaj, miesiąc później – po tej feralnej piątce na każdym treningu, a biegamy teraz pięć razy w tygodniu, przebiegamy więcej niż pięć kilometrów. Raz na tydzień biegając pod górkę, albo po schodach jak wczoraj (też w górę).
Nie byłbym tu gdzie jestem, gdybym nie próbował dalej. Jeśli 99 razy próbujesz i Ci nie wychodzi. Cokolwiek byś robił. Jeśli przestaniesz próbować, to nigdy ci się nie uda. Pamiętasz jak Tom Hanks rozpalał ogień na wyspie w Cast Away? W końcu rozpalił. I nie dajcie sobie wmówić, że ważna jest nadzieja, że się uda albo wiara. Wiara i nadzieja na ogół prowadzą tylko do frustracji. Trzeba próbować do końca, aż się uda. Nigdy nie przestawać. Do dzieła!!! Z pokorą, konsekwencją. Jeszcze raz, jeszcze krok, jeszcze kilometr, jeszcze jeden klient, jedno spotkanie, jeden follow-up, jeden telefon. Aż będzie to, co zaplanowałeś. Przebiegnę tą połówkę w marcu, nie widzę inaczej! A potem ten maraton.