Denerwuje mnie nie tyle tematyka tego bloga co jego monotematyczność. Ileż można zachwycać się bieganiem? Ktoś to w ogóle czyta?
REKLAMA
Z drugiej strony wiem, że bieganie jest wartościowe. Promocja ruchu i zdrowego trybu życia jest ważna. Jeśli dzięki tym wpisom choć jedna osoba zacznie biegać i zacznie żyć lepiej, zdrowiej i szczęśliwiej – znaczyć to będzie, że miało to sens.
Ale naprawdę chcecie czytać o tym jak to super jest biegać? Naprawdę chcecie ciągle mieć poczucie niższości powodowane tym, że piszący te słowa biega a Wy nie? Jak długo jeszcze my biegacze będziemy narażali Was na ostracyzm? Ile czasu jeszcze będziemy myśleli, że jesteśmy od Was lepsi? Ileż można pastwić się nad ludźmi żyjącymi gorzej? Bo to prawda – nie biegając czy też nie będąc aktywnymi fizycznie żyje się gorzej. Wiem, bo też żyłem gorzej.
Mam naprawdę moralnego kaca mówiąc innym jak lepsze jest życie jeśli się biega. Oczywiście mówię o tym z oporem. Nie jestem i nie będę biegającym ewangelistą, nadgorliwym neofitą niosącym kaganek zbawienia. Jednak zapytany – odpowiem. Wiecie dlaczego? Bo w kwietniu 2014 roku byłem 36 letnim facetem, który miał pierwsze oznaki choroby kolokwialnie zwanej lustrzycą. Polega ona na tym, że facet może dojrzeć swoje klejnoty tylko stojąc przed lustrem ;-)
Lustrzyca minęła, mam o wiele mniejsze problemy z kręgosłupem niż kiedyś (o dziwo – bieganie raczej dla kręgosłupa nie jest dobre). Jestem też w dużo lepszym nastroju, chociaż był to był dla mnie bardzo ciężki rok. Rok, w którym wziąłem na siebie zbyt dużo zobowiązań. Praca, którą zmieniłem w połowie roku na lepszą, która okazała się być po stokroć gorsza, budowa domu, który szczęśliwie już stoi, bieganie i parę innych spraw. Każda z tych rzeczy bardzo mnie angażowała, jednak nie dałem rady każdej poświęcić się na 100%.
Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że wzięcie na siebie zbyt wiele jest prostą drogą do wypalenia. Zarówno w aspekcie zawodowym, jak i treningowym. Jestem do tyłu z pracą, do tyłu z bieganiem. Szczęśliwie jestem na bieżąco z domem – tylko dlatego, że mam fantastyczną żonę, o której z pełną odpowiedzialnością mówię: najlepsza z wszystkich żon. O dom głównie dba ona. Za mnie pracy i biegania nie odrobi nikt.
Zostało niewiele czasu do półmaratonu. A ja jestem daleko w tyle z treningiem i raczej nie dam rady dobiec do mety. Miałem kilka tygodni kryzysu treningowego i niestety nie cofnę czasu i nie nadrobię już zaległości. Ale z nowym rokiem postanowiłem sobie trenować dalej i wystartować. Najwyżej nie dobiegnę – co z tego? Jeśli odpadnę na 18 kilometrze – będzie mi przykro, ale kurdę przebiegnę 18 kilosów. To jest coś.
Czy to mnie czyni gorszym? Pewnie trochę tak. Pewnie mam gorzej z motywacją niż inni. Jestem mniej regularny niż inni. Ale kurczę. Patrzę na siebie teraz i rok temu. Inżynieria genetyczna i medycyna nigdy nie osiągną tego, co można zrobić ze sobą samemu. Nawet jeśli wykonałem plan na 30% tylko – i tak jestem o rząd wielkości zdrowszym i lepszym człowiekiem niż byłem.
I na nowy rok postanawiam sobie kontynuację tego, co było w poprzednim z jedną ale jakże kolosalną zmianą. Z systematycznością i samodyscypliną. W nowym roku chcę trenować głównie samodyscyplinę. I chcę we wrześniu powiedzieć o sobie idąc spoconym przez centrum Warszawy: Jestem maratończykiem.
I na nowy rok postanawiam sobie kontynuację tego, co było w poprzednim z jedną ale jakże kolosalną zmianą. Z systematycznością i samodyscypliną. W nowym roku chcę trenować głównie samodyscyplinę. I chcę we wrześniu powiedzieć o sobie idąc spoconym przez centrum Warszawy: Jestem maratończykiem.
