Pierwotnie miał powstać tekst o mojej ulubionej trasie biegowej. Jednak ponieważ ciągle biegam w tym samym miejscu, niezbyt szczególnym, o trasie napiszę tylko tyle, że kiedyś zastanawiałem się jak to będzie móc zrobić pełne kółko wokół Sadyby i części Wilanowa (Bonifacego, Powsińska, Wiertnicza, Al. Wilanowska, Sobieskiego) – wydawało mi się to nierealne.

REKLAMA
Kilka dni temu przypomniałem sobie tę myśl, kończąc to kółko. Spojrzałem na zegarek biegowy. Pokazał około 6 km. Zdałem sobie sprawę, że to co jeszcze niedawno było marzeniem pozornie nieosiągalnym, teraz jest tylko połową dystansu zaplanowanego na ten dzień. Ciągle jednak wydaje mi się, że jestem słaby, że biegam wolno, nieregularnie, że odstaję od grupy – ale kurczę – biegam „na luzie” to kółko. Pół roku temu sądziłem, że potrafią to zrobić biegacze z wieloletnim stażem maratońskim. A ja biegam przecież jedyne 9 miesięcy. Niesamowite.
Jednak dzisiaj chciałem napisać o innej niesamowitej historii. Mój od początku biegania wierny kibic w osobie mojej żony Anny (kategorycznie nie zgodziła się na publikację zdjęcia – dociekliwi poradzą sobie w Internecie. Polecam linked-in – ładnie tam wyszła na zdjęciu ;-) postanowił dołączyć. Któregoś dnia spytała:
–Michu, mogę iść z Tobą pobiegać? – Kurczę - myślę sobie. Nigdy nie pyta
o pozwolenie, a tu taki tekst?
Poczułem się trochę nienowocześnie, jak pan i władca z czasów wszechobecnego patriarchalizmu. No, ale pyta – trzeba coś odpowiedzieć. – To wolny kraj do diabła – pomyślałem i szybciutko powiedziałem:
– Oczywiście możesz, super – No i poszliśmy. Zaczęliśmy od stania w miejscu zgodnie z instrukcją zegarka z GPS (trzeba stać, żeby znalazł satelity), znalazł i ruszyliśmy. Powolutku. Przypomniałem sobie wszystko, co mówił Grzegorz jak zaczynaliśmy, wszystko co czytałem o tym, jak należy zacząć.
Minęła minuta, pytam Anny jak się czuje, mówi że super i że nie chce stawać. Pytałem tak co minutę i wiecie co? Tego dnia w swoim pierwszym biegu w życiu moja żona stanęła po 25 minutach. Wow. Ma dziewczyna talent. Ona się cieszyła – ja się bałem. Wiedziałem, że to gruba przesada. Niepokoiłem się, że zacznie od jakiejś kontuzji. Następnego dnia narzekała na ból nóg (haha), ale nic się nie stało. Zostałem więc biegaczem ewangelistą. Niesiona przeze mnie dobra nowina zatoczyła, na razie krążek, ale jest kolejna osoba po dobrej stronie mocy.
Tak wyglądał nasz trening (tętno moje):
logo
Tak więc pomimo trudów, których doświadczamy biegając, pracując i wiodąc życie rodzinne przy odrobinie samodyscypliny i dobrej organizacji dnia wygospodarujemy czas na trening nawet jeśli jesteśmy małżeństwem
z małymi nadal dziećmi. Motywacja – to trudna rzecz – jednak program
PZU Biegaj na Zdrowie wiele ułatwia. Zdrowie, które jest wypadkową biegania to nie jedyna zaleta rozpoczęcia zdrowego trybu życia. Bieganie zbliża. Naprawdę. Bieganie z żoną to nowy wymiar małżeństwa. Zachęcam. Jeśli ktoś ma żonę/męża – jeśli nie macie jeszcze? No cóż, do roboty ;-)