O autorze
HR-owiec, Project Manager, Koordynator sponsoringu… Drużyna pracowników PZU jest naprawdę różnorodna, by nie rzec – kontrastowa. W jej skład wchodzą trzy panie i dwóch panów, a konkretnie:

Ewa Koprowska – miłośniczka aktywnego wypoczynku, choć sportu nie uprawia regularnie. Jej udział w projekcie to jej własny prezent dla siebie na urodziny.

Weronika Merklejn – młoda matka cierpiąca na niedobór wolnego czasu. Teraz postanowiła go jeszcze bardziej ograniczyć, poświęcając się treningom. Choć znając realia macierzyństwa to trening może być właśnie wymarzonym czasem wolnym.

Sylwia Stachowicz – łączy i godzi z sobą wiele pasji i przeciwstawnych natur. W domu ma psa i kota. Do programu dołączyła… z przekory.

Maciej Hassa – zdrowy styl życia to jego priorytet i marzenie. Ciągle jednak coś przeszkadza mu je w pełni zrealizować. Aby nabrać dobrych nawyków i pokonać przeciwności, zgodził się poddać półtorarocznemu reżimowi treningowemu.

Tomasz Jemioło – do uczestnictwa w programie popchnęła go chęć powrotu do formy sprzed lat, od której odszedł oddając się życiu rodzinnemu i opiece nad dziećmi.

Sylwia Stachowicz: Minęło 1,5 miesiąca i… mój czas płynie bardziej efektywnie

„Bieganie” – jeszcze półtora miesiąca temu to słowo miało w moim słowniku takie oczywiste, płaskie, definicyjne i… niezbyt mi bliskie znaczenie. Jego bliskość polegała jedynie na podziwianiu bliskich mi osób, ich podpatrywaniu – ale wciąż w bezruchu :).



Dziś już wiem, że kiedy decydujesz się na bieganie, decydujesz o zmianie całego swojego życia (wprost nie wierzę że to piszę!!! :)) – i, co najbardziej zaskakujące dla mnie, ta zmiana jakby dzieje się sama, łagodnie i systematycznie i jakby niepostrzeżenie. Otwierasz rankiem oczy i myślisz: kiedy dziś pobiegasz???, czy dziś się uda??? Zadane na tydzień treningi oprócz tego, że odbyć się muszą, pozwalają też na pewną swobodę…


Więc zerkasz za okno i decydujesz czy pobiegasz rankiem, czy może wczesnym lub późniejszym popołudniem, a jeśli nie uda Ci się to dziś w ogóle, trudno, masz dni zaznaczone jako wolne, które są zamienne i przestawne. Rzecz w tym, by zgadzał się bilans wybieganych minut i wykonanych ćwiczeń, więc nie można powiedzieć, że jakiś obowiązuje nas jakiś więzienny rygor czy morderczy tryb – co, szczególnie dla początkujących biegaczy, życiem dotychczasowym rozleniwionych, mało jeszcze zmobilizowanych, jest bardzo przyjazne i fajne. To sprawia, że nie czujesz się przymuszany jak niegdyś na naszym szkolnym, przez wielu znienawidzonym (mimo niejednokrotnie apetycznego, przystojnego Pana Wuefisty:)) WUEFIE :). Biegniesz swoje, pokonujesz swoje kryzysy i masz poczucie dobrze wykonanej, z dużą przyjemnością i nie bez wysiłku roboty :). Więc dysząc ciężko uśmiechasz się i wiesz, że było warto włożyć butki do biegania :).


Po 6 tygodniach treningów mówię, że bieganie jest wielowymiarowe, dla mnie dodatkowo jest źródłem cudownie nowej wiedzy o świecie biegaczy i, co ważne, o mnie samej – jakby nowej :). Ja – człowiek nietechniczny, całkowity „anty-gadżet” – zachwycam się jak dziecko, raduję z urządzeń podarowanych przez już zaawansowanie biegających przyjaciół i tych nabytych drogą kupna, z izotoników w proszku i tych płynnych, z magicznych ziarenek, co wolno w czasie wysiłku uwalniają energię. Z dziką więc przyjemnością zakładam przed treningiem na rękę zegarek, co mierzy moje zmęczenie, dystans w kilometrach i (najważniejsze) SPALONE KALORIE – to cudownie motywujące, szczególnie przed zbliżającym się latem…


Rozciągnięte, najwygodniejsze na świecie dresiki, co wydawały mi się najlepszym do biegania strojem, zaraz na specjalistyczne gatki zamienię, bo już wiem, że warto, bo poczułam różnicę… Bo chętniej dbam o siebie, jakby za ten wysiłek w podzięce… ;) Kiedy tak biegnę, mam czas, by posłuchać siebie, by pogadać z kimś, kto w tym pędzie życia zapomniany gdzieś tam cichutko w środku siedzi – i im częściej się „spotykamy”, tym częściej myślę, że to ktoś naprawdę fajny… i zastanawiam się, gdzie był do tej pory??? :)

Dieta – słowo, które przeraża, w moim życiu, na skutek zamiłowania do przyjemności jedzenia i rodzącego się sprzeciwu wobec każdej próby ograniczania wolności, zupełnie obce. Owo słowo zostało przez naszą (mam nadzieję, że mogę sobie pozwolić na takie zawłaszczenie) Panią Justynę – dietetyczkę – odczarowane :). Okazuje się, że dieta może być przygodą, wygodą, zabawą i nie ma w niej miejsca (co najbardziej mnie zaskoczyło) nawet na najmniejszy głód. Zachwyca mnie to, że jest tylko dla mnie, że wszystkie moje potrzeby, wiek, ruchliwość, nawet upodobania smakowe, zostały wzięte pod uwagę. To wszystko sprawia, że nawet kiedy lekko się łamię i mówię po cichutku: „nikt nie widzi, zjem kawałeczek czekolady”, to rezygnuję szybko, jakby przez szacunek dla pracy i poświęconego mi czasu, z tej niecnej zdrady :). I dobrze mi z tym, baaa!!!, to nawet jest dla mnie powód do dumy.

Ale najważniejsze – po 3 tygodniach stosowania nowego menu i oczywiście biegania sięgam po najstarsze sukienki, z minionych „lat świetności” – to nagroda, dla której polubiłam nawet krewetki, o których zawsze mawiałam, że to guma do żucia o smaku ryby :). Efekty są – a ja nawet się zmęczyć nie zdążyłam. Potrafię też wstać rankiem i tylko dla siebie ubrudzić miskę, patelnię i przygotować sobie omlet i nie zjeść go w biegu, tylko przy stole. Niesamowite!!! Potrafię zapakować do pracy drugie śniadanie, a nawet obiadku kawałek – podczas gdy do tej pory jadłam co popadnie i raz dziennie :(. Złapałam się na tym także, że siedzę w pracy i myślę sobie: „jeszcze kilka dokumentów, kilka telefonów, przyjdzie godzina 10.30 i śniadaaaaanie!!!!” :). W pracy, w tańcu, w życiu potrzeba rytmu – pięcioposiłkowa dieta jest rytmiczna, zdrowa, kolorowa (zdjęcie), wcale nie czasochłonna – a ja jestem najedzona :).

Zauważyłam, że jest jeszcze jeden wymiar tego mojego biegania – nazwałabym go: „Wśród ludzi…”. Pozdrawiam w tym miejscu tych wszystkich, którzy cierpliwie moje niekończące się opowiadania o bieganiu, diecie, nowościach, moich odkryciach znoszą :). Znajomości, pozdrowienia, pogaduchy, motywacyjne teksty, porady nieznanych, jedynie bieganiem bliskich ludzi z mojego parku czy innej trasy są niezwykłe, tak jak pozytywne komentarze, gdy ukazują się w sieci nasze teksty, codzienne zapewnienia znajomych, że widać efekty :), pytania zewsząd, jak się mam, jak daję radę, jak moje postępy.

Gdy o ludziach rzecz, nie mogę nie wspomnieć też o Pani Paulinie ze sklepu BB Boutique Bielizny przy Al. Niepodległości w Warszawie, z którą spędziłam cudowną godzinkę, podczas której otrzymałam niezwykłą o moim ciele, jego potrzebach, ale i zaletach lekcję ;), profesjonalną i przemiłą obsługę i prezent, o jakim nawet nie marzyłam – sportową cudowną bieliznę marki Shock Absorber. Dziękuję!!! – to kupowanie było prawdziwym wydarzeniem, a tak kupować jest najpiękniej :). Nic nie może się jednak równać z tym, co czułam, gdy ją po raz pierwszy włożyłam i pobiegłam – to uczucie podobne do tego, gdy po całym dniu chodzenia w bucie za małym i w dodatku z kamykiem w środku, wreszcie zrzucić go można wieczorem i włożyć ukochane kapcie :). Cudownie wygodnie, komfortowo, stabilnie, bezuciskowo – po prostu genialnie – to jakby w tym bieganiu urodzić się ponownie :). A do tego wygląda bardzo ładnie, subtelnie, a jeśli jest taka kategoria to także sportowo seksownie :).

W szkole nie lubiłam biegać. Kiedyś pozwoliłam sobie na uwagę, że bieganie jest beznadziejne, że nie rozumiem o co w nim chodzi – wtedy starszy wiekiem Pan Wuefista ze spokojem rzekł: „Tu jest start, tam jest meta – między nimi trzeba biec” – i biegnę, codziennie mój mały wyścig :).