O autorze
HR-owiec, Project Manager, Koordynator sponsoringu… Drużyna pracowników PZU jest naprawdę różnorodna, by nie rzec – kontrastowa. W jej skład wchodzą trzy panie i dwóch panów, a konkretnie:

Ewa Koprowska – miłośniczka aktywnego wypoczynku, choć sportu nie uprawia regularnie. Jej udział w projekcie to jej własny prezent dla siebie na urodziny.

Weronika Merklejn – młoda matka cierpiąca na niedobór wolnego czasu. Teraz postanowiła go jeszcze bardziej ograniczyć, poświęcając się treningom. Choć znając realia macierzyństwa to trening może być właśnie wymarzonym czasem wolnym.

Sylwia Stachowicz – łączy i godzi z sobą wiele pasji i przeciwstawnych natur. W domu ma psa i kota. Do programu dołączyła… z przekory.

Maciej Hassa – zdrowy styl życia to jego priorytet i marzenie. Ciągle jednak coś przeszkadza mu je w pełni zrealizować. Aby nabrać dobrych nawyków i pokonać przeciwności, zgodził się poddać półtorarocznemu reżimowi treningowemu.

Tomasz Jemioło – do uczestnictwa w programie popchnęła go chęć powrotu do formy sprzed lat, od której odszedł oddając się życiu rodzinnemu i opiece nad dziećmi.

Maciej Hassa: Czy wyczyn pomaga?

Maciej Hassa
Maciej Hassa fot: Teodor Klepczyński
Cały nasz program to miks osobowościowy, a co za tym idzie i miks doświadczeń. Niektórzy z nas nie mieli wcześniej styczności ze sportem. Ja akurat znajduję się na przeciwległym biegunie. Długo grałem w piłkę nożną, jestem instruktorem narciarstwa, a nie jest mi obcych jeszcze kilka innych dyscyplin sportowych.



Wyczynowy sport przestałem uprawiać w wieku 16/17 lat, po kolejnej poważnej kontuzji nogi. Wtedy pękła mi rzepka w kolanie, przyszła długa rekonwalescencja, a po niej byłem po prostu słabszy fizycznie i dałem sobie spokój, zostając jeszcze przez kilka lat na amatorskich boiskach. Cały czas się jednak ruszałem.


Poproszono mnie, abym zastanowił się, czy wyczynowe uprawianie sportu w przeszłości, pomaga w realizacji programu czy też utrudnia odnalezienie się na treningach, ale i w samym przygotowaniu jako całości.

Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale prosta. Ponieważ tradycyjnie, jak to w życiu bywa, są dwie strony medalu. Zacznę od tej ciemnej. W życiu trafiałem generalnie na fajnych trenerów, choć do tej pory dziwi mnie, że większość tych sportowców nosiła przed sobą wielkie brzuchy i paliła papierosy jak smoki. Korzystali jeszcze bez ograniczeń z innych używek, no ale pewnie każdy widział „Piłkarskiego Pokera”, więc nie będę tutaj się rozwodził na ten temat.


Niemniej jednak potrafili zaszczepić bakcyla sportu i skłonić do rywalizacji. Co tam, że nie było porządnych butów, że boiska były kiepskie – grało się. Jednak te kiepskie boiska, „wślizgi na betonie”, a przede wszystkim kompletny brak jakiejkolwiek opieki medycznej sprawiły, że zamiast być zdrowym trzydziestolatkiem, w opinii kilku ortopedów jestem o jakieś 30 lat starszym mężczyzną, bo w takim stanie są moje stawy w nogach. Jeśli coś się działo, a ja akurat miałem sporo kontuzji, musiałem radzić sobie sam (a właściwie moi rodzice musieli). W większości przypadków były to słabe doświadczenia – wszyscy znamy naszą służbę zdrowia. Nic nie zmienia się w niej od dawna, no może oprócz możliwości prywatnej opieki, której wtedy nie było. Dziś produkty, takie jak PZU Zdrowie, zmieniają perspektywę. Tak więc w tym aspekcie piłka nożna mi nie pomogła. Za każdym razem muszę najpierw rozbiegać ból kolan, ale potem jest już lepiej :).


Drugą, tą jasną stroną medalu, jest to, co dała mi piłka. Na szczęście zalet jest więcej. Sprawność ruchowa, wytrzymałość, nawyki treningowe, a przede wszystkim obowiązkowość. Piłka to sport ogólnorozwojowy. Bieganie podczas grania rozwija różne grupy mięśni i przyzwyczaja je do wysiłku. Mimo wielu lat zaniedbań moje ciało przypomina sobie dosyć szybko o tym, że kiedyś trenowałem i przyznam szczerze, że jestem z niego zadowolony. W końcu satysfakcja to ważny punkt każdego działania.

Przez wiele lat liczba treningów w tygodniu dochodziła do czterech plus mecz. Nie wspomnę o tym, że jako dziecko inaczej spędzałem wolny czas i byłem non-stop na boisku, a nie siedziałem przed komputerem, z kolegami rozmawiając na Skype.

Ten reżim treningowy bez większych problemów potrafię znowu wprowadzić w życie. Wiem, że nie wszystkim jest się łatwo zmobilizować do 4-5 treningów w tygodniu. Mnie się udaje. Wygospodarowałem czas od 6.00 do 7.30 i biegam, rozciągam się i robię skipy. Czym dłużej to trwa, tym bardziej mi się podoba. Nie byłoby jednak tego według mnie, gdybym kiedyś nie przyzwyczajał się do takiego wysiłku i częstotliwości. Po prostu treningi nauczyły mnie kiedyś obowiązkowości, ale i pozwoliły polubić wysiłek. Jeśli się go nie lubi, to sprawa jest przegrana.

Podsumowując: Warto według mnie od dziecka zaszczepiać w człowieku miłość do sportu. Nie ważne jakiego. Ważne, aby był on wykonywany systematycznie. Kiedyś na pewno to zaprocentuje, nawet jeśli towarzyszyć temu będą kontuzje. Systematyczność, koordynacja ruchowa, a więc sprawność, obowiązkowość (a przy sportach drużynowych również umiejętność współpracy), tak zaniedbana w polskiej szkole, dają potem efekty.