O autorze
HR-owiec, Project Manager, Koordynator sponsoringu… Drużyna pracowników PZU jest naprawdę różnorodna, by nie rzec – kontrastowa. W jej skład wchodzą trzy panie i dwóch panów, a konkretnie:

Ewa Koprowska – miłośniczka aktywnego wypoczynku, choć sportu nie uprawia regularnie. Jej udział w projekcie to jej własny prezent dla siebie na urodziny.

Weronika Merklejn – młoda matka cierpiąca na niedobór wolnego czasu. Teraz postanowiła go jeszcze bardziej ograniczyć, poświęcając się treningom. Choć znając realia macierzyństwa to trening może być właśnie wymarzonym czasem wolnym.

Sylwia Stachowicz – łączy i godzi z sobą wiele pasji i przeciwstawnych natur. W domu ma psa i kota. Do programu dołączyła… z przekory.

Maciej Hassa – zdrowy styl życia to jego priorytet i marzenie. Ciągle jednak coś przeszkadza mu je w pełni zrealizować. Aby nabrać dobrych nawyków i pokonać przeciwności, zgodził się poddać półtorarocznemu reżimowi treningowemu.

Tomasz Jemioło – do uczestnictwa w programie popchnęła go chęć powrotu do formy sprzed lat, od której odszedł oddając się życiu rodzinnemu i opiece nad dziećmi.

Ewa Koprowska: Co lub kogo można spotkać biegając po lesie…

Ewa Koporowska
Ewa Koporowska fot: Teodor Klepczyński
Zapisując powyższy tytuł myślałam o wszystkich liskach, zajączkach i dzikach, które przemykają obok ścieżki. Jednak pisanie o zwierzątkach w moim wydaniu okazuje się nieco infantylne.



Myślałam też o plastikowych torbach pełnych strach pomyśleć czego, styropianie, obiciu kanapy samochodowej i niezliczonych oponach. Poniewczasie dotarło do mnie, że jest to politycznie dwuznaczny temat

Myślałam o pułapce na dziki, którą widziałam pierwszy raz w życiu. Drewniana budowla, która wygląda jak mała arena cyrkowa. Dziki wchodzą do środka zwabione przysmakami i potrącają belkę blokującą bramę. Brama opada. Jedyne wyjście prowadzi przez drewniany wąski korytarz zakończony drewnianymi drzwiami. Na końcu korytarza, po jakimś czasie pojawia się człowiek z klatką. Może będzie miał pistolet z nabojami usypiającymi i klatka nie jest potrzebna. Nie wiem, bo nigdy nie widziałam odławiania dzika. Tylko pułapkę.


Myślałam o opuszczonej kopalni piachu. To miejsce wygląda jak księżycowy krater. Ściany mają wysokość od 5 do 10 metrów. Latem szaleją tutaj motory, quady i samochody terenowe. Wieczorem można przyjechać na rowerze i podziwiać zachód słońca, podczas gdy dzieci szaleją w piachu. Można przez godzinę lub dwie poudawać, że jesteśmy nad morzem. Zimą przychodzimy do kopalni na narty, sanki i deskę. Fikołki na piasku pokrytym śniegiem są śmieszne i bezpieczne.


Jednak gdy zabrałam się za pisanie o tym wszystkich istotach, miejscach i rzeczach zrozumiałam, że nie to jest ważne. Ważne jest pewne banalne odkrycie.
Pierwsze zmęczenie programem pojawiło się z wraz z brakiem czasu. Wstałam o piątej rano, jest już dwudziesta pierwsza, w kuchni bałagan, powinnam popracować, powinnam uprasować, powinnam iść spać. A z drugiej strony zobowiązałam się do biegania zgodnie z rozkładem jazdy przez najbliższe półtora roku.


Ten rozkład jazdy to jak najbardziej serio. Dostajemy rozpiskę w niedzielę w nocy i grzecznie prowadzimy dzienniczki. Czasem niegrzecznie nie prowadzimy i wtedy trener na nas krzyczy. Tak szczerze, to nie krzyczy, tylko grozi. Grozi, że nam nie wyśle rozkładu jazdy. Nie wiem, co się stanie jak nie wyśle, ale wolę nie próbować. Pewnie musiałabym wtedy biegać do końca życia to, co było zadane na poprzedni tydzień. Masakra.

A więc biegamy co najmniej trzy razy w tygodniu niezależnie od tego czy pada, czy wieje i ile jest do zrobienia. No więc któregoś dnia, gdy snu było za mało, zajęć za dużo i na dodatek padał deszcz zrobiło mi się naprawdę słabo na myśl, że muszę iść pobiegać. Na wyciąganie towarzystwa było już zbyt późno. Analogicznie – zbyt późno – było już na bieganie po lesie. Po ciemku łatwo potknąć się o korzeń i skręcić kostkę. A więc do dyspozycji pozostał mi mokry asfalt w pobliskiej wsi. Poczucie obowiązku kazało mimo wszystko zamknąć za sobą drzwi do światła i wkroczyć w mokrą, zimną strefę mroku.
Zmęczona i samotna biegłam sobie w ciemności i robiło mi się cieplej od tego ruchu. Jak człowiekowi cieplej, to od razu na deszczu mniej mokro. Endomorfiny zaczynają krążyć żwawo po organizmie i zaczyna być nawet przyjemnie. Wtedy uświadomiłam sobie, że ja wcale nie muszę biegać trzy razy w tygodniu. Nie muszę, tylko chcę! Jestem wolnym człowiekiem. Biegam, bo lubię. To epokowe odkrycie diametralnie zmieniło postrzeganie sytuacji.

Jak już wspominałam, był to przyjemny chłodny wieczór. Naprawdę warto było wyjść przed snem z dusznego pomieszczenia i rozruszać kości. Dodatkowo wiadomo, jak pozytywnie wpływa deszczówka na cerę przesuszoną w klimatyzowanych pomieszczeniach. Akurat tego wieczoru – szczęśliwie – padało.

Zaintrygowana tym doświadczeniem zaczęłam przeglądać w myślach katalog spraw, które muszę i zastanawiać się, które z nich tak naprawdę chcę i „dlaczego”?
A więc: taka sytuacja. Gdy już człowiek uświadomi sobie, że nikt go pod pistoletem nie trzyma warto zadać sobie pytanie o cel, aby nie wyjść przed sobą samym/samą na idiotę/idiotkę. No bo w jakim celu to robię, skoro nie muszę i nie wiem dlaczego?
- Dlaczego…?

Nie przytoczę tych najważniejszych pytań. Są zbyt osobiste. Spróbujcie znaleźć swoje. Zgodnie z jedną ze znanych powszechnie praktyk należy co najmniej 5 razy odpowiedzieć na pytanie „dlaczego”, aby dojść do właściwej odpowiedzi – rdzennej przyczyny lub wartości.
- Bo… Ale dlaczego?
- Ponieważ…

Nie będę cytować udzielonych odpowiedzi – również są zbyt intymne. Powiem tylko, że byłam tego wieczoru tak zmęczona rozmową z samą sobą, że włączyłam głośno muzykę i pobiegłam jak najszybciej zostawiając wszystkie „dlaczego” daleko z tyłu.