Sylwia Stachowicz
Sylwia Stachowicz

Takie fajne coś mnie ostatnio spotyka… Ponieważ biegam, a wiele osób się temu z różnym nastawieniem przygląda, to zdarza się, że znajomi (mniej lub bardziej znajomi) pytają mnie o różne kwestie, spostrzeżenia, są ciekawi mego zdania. Hmmm, czy ja, dotąd absolutny amator w kwestiach biegania, staję się powoli autorytetem? Pewnie wciąż się nie znam i moja wiedza fachowa jest niewielka, ale na pewno mam już trochę takiego swojego doświadczenia. :) To miłe…

REKLAMA
Ktoś mnie zapytał ostatnio czy, a jeśli tak to czym, bieganie kobiet różni się od biegania mężczyzn? Chwilę się zastanowiłam i wymyśliłam, że chyba tak naprawdę – NICZYM. Artur Rojek śpiewa cudnie „składam się z ciągłych powtórzeń” – no właśnie, bieganie to powtarzanie wciąż tych samych ruchów, przebieranie nogami do przodu, mniej lub bardziej zgrabnie. Bardzo to proste, ale… (ja mam zawsze „ale”, a nawet „po drugie”:)). Bo gdyby tak zadać to pytanie w trochę inny sposób – na przykład: co jest motywacją do biegania u Pani i u Pana?, czy: po co biegasz?, to z dużym prawdopodobieństwem mogę przypuszczać, że odpowiedzi byłyby już trochę inne.
logo
Zapytałam kobiety, także siebie, a odpowiedzi wyglądają następująco: „biegam, bo mam wielki tyłek” (chociaż większość nie ma, ale takie ma przekonanie), „biegam, bo mam dziś dość całego świata” (najchętniej zaszyłabym się na najgłębszej wiosce), „biegam, bo zaraz zwariuję” (szef się czepia, przyjaciółka mnie olewa), „biegam, bo muszę się wdziać w tę odlotową kieckę”, „biegam, bo muszę spokojnie, w samotności pomyśleć”, „biegam, bo mam zły dzień – a to lepsze niż czekolada” , „biegam, bo muszę popłakać, a dziś deszcz, a w deszczu nie widać łez…”.
Wiem, wiem, biegacz nie płacze, ma chęć, moc i siłę… A łzy są dla słabeuszy – też tak długo myślałam. Skucha, to nie tak… Płacz to normalna reakcja na różne bodźce, na te, których nie możemy czasem w sobie pomieścić. Wolno spływająca łza uwalnia energię, a my jesteśmy zdrowsi – i nasi bliscy też. :) I jest na to dowód naukowy, szkoda zatem, że większość osób na widok łez natychmiast mówi „nie płacz”.
logo
Dlaczego o tym? Po prostu wzbierała we mnie ostatnimi czasy, jak woda w rzekach, irytacja i bezsilność wobec otoczenia… Otoczenia to znaczy: szefa, zrzędliwego klienta, dziecka, Bogu ducha winnego psa. Wstałam rankiem, by iść na trening, ale oczywiście jak na złość cały ranek lał deszcz. Siedziałam na krześle i modliłam się do skarpetek, by zechciały same się ubrać, w głowie bałagan i jedna natrętna myśl „nie chce mi się wychodzić na ten deszcz”. I na to wchodzi mój syn i na moje narzekania lekko rzuca „to nie idź!”. Rozpoczęło to we mnie reakcję łańcuchową, te słowa zadziałały jak płachta na byka: „JAK TO NIE IDŹ? ŻE CO? ŻE JA TAKA SŁABA JESTEM, ŻE SIĘ PODDAJĘ?! NIEDOCZEKANIE TWOJE!!!”. Miałam ochotę wykopać go za drzwi, rozerwać na strzępy, a tymczasem w jednej sekundzie założyłam skarpetki i wybiegłam… na deszcz. :)
Nogi poniosły mnie na zalaną deszczem łąkę, trochę dalej niż było w moim treningowym planie, trochę szybciej niż było w planie ułożonym w głowie. Bo gdzieś po drodze dogoniłam jakiegoś Pana i przemknęłam obok niego, lekko przeskakując kałuże. I czułam, że mogę tak biec i biec i biec…
Co zadziałało? Dyspozycja dnia? Biomet? Poranna bezsilność? Wkurzenie na mego syna? Czy też mój metaprogram (każdy taki ma i warto go znać), czyli strategia motywowania się? Czy może wszystko po trochu? Cokolwiek to było, na mnie poskutkowało nad wyraz dobrze i chciałabym to poczuć na starcie mojego pierwszego i każdego następnego biegu. :)
Jestem pewna, że nie jestem jedyna. U wielu biegających koleżanek wygląda to podobnie. A u panów? O ich bieganiu wiem mniej, nigdy nie byłam przecież mężczyzną, ale się dowiem i w kolejnym wpisie będzie więcej o ich motywacji. :)