
1 lipca to najlepszy, odkąd pamiętam, dzień roku. W perspektywie 32 dni wakacji. To idealny czas dla ludzi aktywnych. Długi, ciepły dzień, brak obowiązków domowych (dziewczyny na wakacjach z dziadkami :)), puste metro, luźne drogi… Co zrobić z dodatkową porcją czasu wolnego?
REKLAMA
Pomyślałam, że to idealny czas na refresh założeń dotyczących treningów #biegajnazdrowie. Przede mną podsumowanie pierwszego etapu zabawy w bieganie. Poważny sprawdzian. Bieg na 5 kilometrów podczas Maratonu Warszawskiego.
Wyznaczony cel pomaga mi w podjęciu decyzji o wprowadzeniu jeszcze większej systematyczności w treningu biegowym. Kiedy, jak nie teraz, w wakacje? Dlaczego nie od dziś?
Powrót z pracy, lekki posiłek, krótka konsultacja treningowa i zanim się zorientowałam, byłam już na klatce schodowej „uzbrojona” w buty biegowe oraz narzędzie do pomiaru czasu i zasięgu biegowej zabawy.
Ten dzień miał być przełomowy. Miał w swoich założeniach stanowić czas budowy siły biegowej, miał pilnować częstotliwości treningów pojawiających się w dzienniczku biegowym, by w końcowej fazie dawać upragnioną zwyżkę formy. Wszystko szło zgodnie z założeniami. Trening długi, wyczerpujący, ale dający uczucie spełnienia. Jakie będą kolejne? Sama ciekawość powodowała chęć mierzenia się z wyznaczonym celem.
W takim nastawieniu upływały kolejne doby. Regularne wpisy w dzienniczku pozwalały podtrzymać dobrą passę. Dawały motywację i chęć realizacji kolejnych wyzwań stawianych przez trenera. Sytuacja była na tyle poważna, że poranny trening przestał być problemem. Doszło do tego, że droga z łóżka przez łazienkę i garderobę do drzwi wejściowych dała się ograniczyć do 20 minut zamiast zwyczajowych 120. :-)
Prędkości osiągane i potwierdzane na wyświetlaczu Garmina pokazywały zdecydowany progres. Byłam w siódmym niebie. W tej euforii przyszło mi żyć przez kolejne dwa tygodnie.
Wyjazd nad polskie morze otworzył nowe możliwości. Bieganie po plaży o poranku, morderczy wysiłek podejmowany w samo południe (trening przy trzydziestostopniowym upale) czy interwały biegane przed zachodem słońca kolorowały bezbarwny świat przyszłego maratończyka. To był najlepszy czas od kilku lat. Wszystko układało się znakomicie.
Wyjazd nad polskie morze otworzył nowe możliwości. Bieganie po plaży o poranku, morderczy wysiłek podejmowany w samo południe (trening przy trzydziestostopniowym upale) czy interwały biegane przed zachodem słońca kolorowały bezbarwny świat przyszłego maratończyka. To był najlepszy czas od kilku lat. Wszystko układało się znakomicie.
Nagle, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, ulicznego crossu czarnego kota czy zbitego lustra pojawił się on. Pech. Tym razem przybrał postać ostrego zapalenia oskrzeli, na które mógł zaradzić tylko Augumentin. To brzmiało jak wyrok w rozprawie za zabójstwo. 10 dni terapii z możliwością przedłużenia o kolejnych 7.
Jak się można domyślić, w tym czasie w temacie biegania nie mogłam robić NIC. Wszystkie dotychczasowe plusy wakacji w jednej chwili zmieniły biegun. Nadmiar wolnego czasu powodował frustrację i wściekłość. A to był dopiero początek dramatu. Antybiotyk zrobił swoje. Zapalenie ustąpiło. Parametry życiowe zaczęły wracać do normy. To znak, a właściwie zielone światło, do wznowienia treningów.
Nie mogłam dłużej czekać. Spodenki, techniczna koszulka, buty i …wio! Ten trening miał należeć do mnie. Dwieście, czterysta, sześćset metrów w komfortowym przed czternastoma dniami tempie, tego popołudnia okazało się drogą krzyżową przez mękę. Każdy kolejny odcinek był jak stacja w drodze na Golgotę.
Do domu wróciłam na ostatnich nogach… Zmęczona, wściekła i smutna. Chciałam wyć z bezsilności. Pierwszy raz pojawiły się wątpliwości. Może zrezygnować? To nie dla mnie? Po co się tak męczyć? Przecież każdy dzień choroby oddala mnie od mojego celu…
Nie dałam się jednak omamić własnej głowie. Wznowiłam treningi, mam wrażenie, że ten „stracony” czas dał mi więcej siły i nadziei na lepsze jutro.
Nie dałam się jednak omamić własnej głowie. Wznowiłam treningi, mam wrażenie, że ten „stracony” czas dał mi więcej siły i nadziei na lepsze jutro.
Dzień sprawdzianu (czyli dzień startu w „Biegu na Piątkę” w 36. PZU Maratonie Warszawskim) był wielką niewiadomą. Finalnie dał mi nowy rekord, niesamowite zadowolenie oraz 10 miejsce w rankingu zawodniczek reprezentujących barwy mojej firmy. Pokonałam słabości, chorobę, a przede wszystkim pięciokilometrowy dystans warszawskich zawodów.
Dziś jestem mądrzejsza i bogatsza o to doświadczenie. Jestem już pewna że „(…) po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój…”.
