O autorze
HR-owiec, Project Manager, Koordynator sponsoringu… Drużyna pracowników PZU jest naprawdę różnorodna, by nie rzec – kontrastowa. W jej skład wchodzą trzy panie i dwóch panów, a konkretnie:

Ewa Koprowska – miłośniczka aktywnego wypoczynku, choć sportu nie uprawia regularnie. Jej udział w projekcie to jej własny prezent dla siebie na urodziny.

Weronika Merklejn – młoda matka cierpiąca na niedobór wolnego czasu. Teraz postanowiła go jeszcze bardziej ograniczyć, poświęcając się treningom. Choć znając realia macierzyństwa to trening może być właśnie wymarzonym czasem wolnym.

Sylwia Stachowicz – łączy i godzi z sobą wiele pasji i przeciwstawnych natur. W domu ma psa i kota. Do programu dołączyła… z przekory.

Maciej Hassa – zdrowy styl życia to jego priorytet i marzenie. Ciągle jednak coś przeszkadza mu je w pełni zrealizować. Aby nabrać dobrych nawyków i pokonać przeciwności, zgodził się poddać półtorarocznemu reżimowi treningowemu.

Tomasz Jemioło – do uczestnictwa w programie popchnęła go chęć powrotu do formy sprzed lat, od której odszedł oddając się życiu rodzinnemu i opiece nad dziećmi.

Sylwia Stachowicz: Lato jest już wspomnieniem… Czas na jesienne bieganie

Jesienne bieganie to zupełnie nowe doświadczenie. Było już bieganie kolorową, soczyście zieloną wiosną, kiedy wszystko wokół działało na mnie motywująco. Było już bieganie, kiedy było naprawdę upalnie, ale nic tak nie poprawia nastroju i nie dodaje chęci jak letnie promienie słoneczne… Jakże inne jest bieganie jesienne, nawet gdy jest żółto-złote, to jednak już chłodne, wilgotne i (co mnie najtrudniej zaakceptowania zaakceptować) ciemne.



Jest ciemno lub szaro, gdy zrywam się, by pobiegać rankiem. Tak samo, kiedy biegnę do parku popołudnie wczesnym popołudniem, by odreagować godziny spędzone przy komputerze. Zdarzają się coraz częściej takie dni, kiedy ta jesienna szaruga nie nastraja do wyjścia nawet mojego nadzwyczaj energicznego psa, a jego spojrzenie mówi: „na pewno?”.



Mój zapał najbardziej chyba studzi perspektywa zakładania na siebie kilku warstw ubrania. Obowiązkowa jest już czapka, z niej zjeżdżają mi słuchawki i to mnie naprawdę czasem potrafi wyprowadzić z równowagi, której jesienią i tak jakoś mniej. Jesień – światła mniej i motywacja już nie taka, jak ta wiosenna i letnia, nie taka silna. Teraz potrzebna jest naprawdę silna wola, by wyjść z ciepłego mieszkanka na chłód. Któregoś październikowego popołudnia tuż przed zaplanowanym wyjściem na trening mżawka, którą już nawet zaakceptowałam, zmieniła się nagle w regularny deszcz. „No nie idę” pomyślałam, „nie da się”… Skłamałabym pisząc tutaj, że nie miałam tysiąca gotowych wymówek, naprawdę niezłych, by odpuścić trening. :) I wtedy mi się przypominały wyczytane gdzieś sposoby, by nie zrezygnować, by się nie poddawać, a jeden z nich radził, by zadzwonić do koleżanki - w moim przypadku sąsiadki. I choć nie przepadam podczas biegania za towarzystwem innym niż moja muzyka i myśli, to zadzwoniłam do znajomej i nawet udało mi się ją namówić na wspólne bieganie. Wariatki!!! Spotkałyśmy się o 18:00, kiedy już się ściemniało... Padało przy tym coraz bardziej, ale co tam! Decyzja została podjęta...

Przebiegłyśmy w sumie ponad 10 km, w dodatku w całkiem niezłym tempie. Musiałabym skłamać kolejny raz, gdybym powiedziała, że po drodze moje nastawienie uległo wielkiej zmianie. Nic takiego się nie stało. Biegło się ciężko, czułam w brzuchu... płatki śniadaniowe, które zjadłam przed wyjściem zamiast obiadu, a moje nogi sprawiały wrażenie obciążonych ołowiem. No i ten deszcz... Mokre ubranie, mokre buty, jedna, druga, dziesiąta kałuża, której nie zauważyłam... Ale mozolnie krok za krokiem, kałuża za kałużą… Gdzieś po drodze zdarzył się podbieg, pojawił się skrócony oddech i stek przekleństw szeptanych w głowie. :) Ostatnie metry… Nasze mieszkanka ciepłe na horyzoncie… I to cudowne, niemal euforyczne uczucie szczęścia, radości i... dobrze spełnionego, przyjemnego obowiązku. SATYSFAKCJA NA MAKSA!!! To jest bezcenne. To jest warte zmoknięcia, a nawet przemoknięcia i nie raz, ale dziesięć razy. :) I to spojrzenie pełne szczerego podziwu naszego sąsiada, co powiada, że psa by na dwór nie wygonił, gdy taka pogoda. Jak miód na serce, bo kto z nas nie ma w sobie łasucha na takie ciepłe słowa uznania??? :) Dlatego biegam, kiedy pada. Dlatego biegam, kiedy deszcz zacina mi w twarz, kiedy wiatr targa włosy, zabiera czapkę, „złośliwie” zsuwa słuchawki z uszu, a zimno przenika mnie do szpiku kości. Właśnie dlatego biegam. I nauczyłam się nie zastanawiać nad tym czy pogoda jest odpowiednia do biegania, bo pogoda jest zawsze, czasem tylko ubranie może być nieodpowiednie!


Wymyśliłam też ostatnio, że przecież nie mam nieograniczonego czasu, tyle jeszcze innych zajęć, mniej lub bardziej miłych zadań, obowiązków, przyjemności. Jeśli zatem nie pójdę pobiegać dziś, bo ogarnęło mnie akurat lenistwo, albo pogoda za oknem nie jest wymarzona – to następny raz będę mogła pójść za dwa, może trzy dni… Więc już się nie zastanawiam CZY BIEGAĆ w taki deszcz, w taki ziąb, w taką ciemną noc, myślę tylko o tym GDZIE BIEGAĆ, JAK DŁUGO BIEGAĆ i Z KIM BIEGAĆ. :)

Po takim bieganiu, kiedy wszystko kusi i podszeptuje „zimno tak – zostań w domu” , zwykły prysznic jest wyjątkowy, przyjemny, luksusowy, kolacja wyjątkowo smaczna, a herbata najpyszniejsza w świecie. Tyle szczęścia za godzinę moknięcia? Warto! No pewnie, że warto. :)
Kiedy myślę o tych trudach przypominam sobie wyczytane gdzieś ostatnio jedno krótkie, ale treściwe zdanie, chyba autorstwa Carla Junga: "Człowiek potrzebuje trudności; są konieczne dla zdrowia". Być może nie brzmi to ani poetycko, ani wzniośle; raczej zupełnie zwyczajnie. I chociaż nie jestem wyznawczynią wielkich teorii, ta jakoś szczególnie przypadła mi do serca. Bo jest coś w tym twierdzeniu, że pokonywanie trudności daje wiele satysfakcji i sprawia, że mamy dla siebie zdrowy szacunek i większą wiarę w swoje możliwości, bywamy szczerze i zasłużenie, tak zwyczajnie po ludzku z siebie dumni, mamy dla siebie więcej akceptacji.

Bieganie jest chyba jednym z przyjemniejszych sposobów na pokonywanie „maratonu” naszych większych i mniejszych życiowych trudności, uczenia się akceptacji samych siebie, dystansu do siebie i tego, by móc z przyjemnością dać sobie „lajka”: LUBIĘ TO – LUBIĘ SIEBIE!!!
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
dadHERO 0 0Prawie półtora miliona złotych na polską planszówkę. Skąd ten sukces gry "Beyond Humanity:Colonies"?
JANDA 0 0Kremy z kolagenem: nie bierz pierwszego lepszego. To skomplikowany składnik
WYWIAD 0 0Dlaczego faceci nie chcą seksu. Seksuolożka wylicza powody i radzi, jak to zmienić
0 0Słynna fabryka ogłasza zwolnienia grupowe. Miśnieńska porcelana walczy o przetrwanie
O TYM SIĘ MÓWI 0 0"Maska opadła". PiS szuka pieniędzy na swoje obietnice. Oto gdzie wszyscy za nie zapłacimy
0 0Zdrojewski "chlapnął" o jedno zdanie za dużo. PO odcięła się od jego słów