O autorze
HR-owiec, Project Manager, Koordynator sponsoringu… Drużyna pracowników PZU jest naprawdę różnorodna, by nie rzec – kontrastowa. W jej skład wchodzą trzy panie i dwóch panów, a konkretnie:

Ewa Koprowska – miłośniczka aktywnego wypoczynku, choć sportu nie uprawia regularnie. Jej udział w projekcie to jej własny prezent dla siebie na urodziny.

Weronika Merklejn – młoda matka cierpiąca na niedobór wolnego czasu. Teraz postanowiła go jeszcze bardziej ograniczyć, poświęcając się treningom. Choć znając realia macierzyństwa to trening może być właśnie wymarzonym czasem wolnym.

Sylwia Stachowicz – łączy i godzi z sobą wiele pasji i przeciwstawnych natur. W domu ma psa i kota. Do programu dołączyła… z przekory.

Maciej Hassa – zdrowy styl życia to jego priorytet i marzenie. Ciągle jednak coś przeszkadza mu je w pełni zrealizować. Aby nabrać dobrych nawyków i pokonać przeciwności, zgodził się poddać półtorarocznemu reżimowi treningowemu.

Tomasz Jemioło – do uczestnictwa w programie popchnęła go chęć powrotu do formy sprzed lat, od której odszedł oddając się życiu rodzinnemu i opiece nad dziećmi.

Weronika Merklejn: Jak się motywuję, kiedy mi się nie chce?

Minął wrzesień, miesiąc rekordów życiowych wielu maratończyków, czas sprawdzianów biegaczy przygotowujących się do jesiennych startów. Na biegowej mapie Polski widać coraz większe spustoszenie. Każdego weekendu znikają z niej kolejne biegi... Zgodnie z terminologią wpajaną mi przez trenera to czas roztrenowania. Koniec roku, czas podsumowań, analiz i snucia planów na kolejny biegowy sezon.



Każdy rok biegacza składa się z trzech etapów. Ja doświadczyłam tylko jednego. Bezpośredniego przygotowania startowego oraz egzaminu w postaci startu docelowego („Bieg na Piątkę” podczas PZU Maratonu Warszawskiego). Listopad miał odsłonić przede mną nowy rozdział w cyklu życia biegacza.

Okres roztrenowania, czyli minimalizacja aktywności biegowej poprzez zmniejszenie ilości jednostek treningowych na korzyść regeneracji, wolnego czasu, który w sferze marzeń zamieniłam już na wyjścia do teatru, kina, spotkań ze znajomymi, całonocnych zabaw pod hasłem tańca, lania wosku i wróżb andrzejkowych.

Jaka ja byłam szczęśliwa... Tym bardziej, że od początku uczestnictwa w programie #biegajnazdrowie, życie sportowca wypełniało całkowicie mój wolny czas.

Nic podobnego. Mój dzienniczek przypomina dobrze napompowany balon. Nic się nie zmieniło. Trener dba o to, bym nie miała wolniejszych przebiegów. Cytując klasyka: jak żyć?
Wczorajsze dylematy poszły w niepamięć. Przecież miało być inaczej. Moi bardziej doświadczeni znajomi ze ścieżek biegowych zastanawiają się, jak się zmotywować do pracy, której owoce będą zbierać w przyszłym roku.


Co to właściwie jest ta motywacja? Motywacja w bieganiu? Może powinnam sobie to pytanie postawić odwrotnie: Co takiego jest w bieganiu, co może nie dawać radości? Co może odbierać przyjemność w odkrywaniu kolejnej ulicy w sąsiedztwie, nowej alejki w parku, ścieżki w dobrze już znanym lesie? Co to takiego? A może… szybki oddech? Lepsze samopoczucie? Przyjemne zmęczenie? Co to za demon, o którym wszyscy mówią? Gdzie on się schował? Gdzie go szukać albo jak biegać, by go znaleźć?

Może ja robię coś nie tak? Nie, przecież to niemożliwe! :-)Gdyby moje bieganie odbiegało od normy, sztab szkoleniowy stojący za mną zwróciłby mi na to uwagę.

A więc to ja jestem inna… Ha! Zawsze byłam wyjątkowa. :-) No ale teraz to już przesadziłam… Wiem, wiem. Zaraz pomyślisz że też miała(e)ś takie początki. Przyjdzie zima, to inaczej zacznę śpiewać.

Pewnie masz rację, choć nauka pokazuje, że ciężko wyjść z nałogu, a ja wpadłam po same uszy w sidła biegania. Pamiętam czas, w którym nie mogłam biegać. Koniec wakacji, świetny czas ładowania baterii przed jesiennymi biegami, a ja wściekła siedzę w domu zajadając się antybiotykami. Masakra!

To było najgorsze doświadczenie w programie #biegajnazdrowie
Z niecierpliwością czekałam na zielone światło od mojego internisty. Miałam wrażenie, że w tym czasie energia kumulowała się we mnie, a nie znajdując ujścia powodowała frustrację.
Tak więc co z tą motywacją? Kiedy i jak jej używam?



Kiedyś usłyszałam bardzo trafną myśl: „Wszystko jest w głowie”. To ona prowadzi nas przez życie. Trening mentalny jest równie ważny jak trening fizyczny. W moim bieganiu głowę wypełnia cel, dla którego odrzuciłam komfort, jaki dają ciepłe kapcie po powrocie z pracy, na rzecz ciężkiej pracy i osiągnięcia marzenia – pokonania dystansu maratonu.

Dopóki każdy bieg, spacer, basen, wyjście w góry czy spinning przybliżają mnie do spełnienia tego marzenia, to nie muszę martwić się o motywację. Mam wrażenie, że przybiera ona różne postacie. Raz jest dobrym duszkiem, siedzącym na moim prawym ramieniu, innym razem staje się moim życiowym partnerem, czasem przybiera postać barmana w nocnym klubie serwującego soft drinki.

Jestem przekonana, że nagroda za ten trud jest warta wszystkich wyrzeczeń i zmiany trybu życia. Niejednokrotnie, w swojej krótkiej biegowej przygodzie, miałam okazję się o tym przekonać.

Jeśli potrzebujesz energii, dodatkowego bodźca treningowego, motywacji – sięgnij do swojej głowy. Znajdziesz tam pełen wachlarz zasobów. Tylko od Ciebie zależy, z którego narzędzia dziś skorzystasz.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
dadHERO 0 0Prawie półtora miliona złotych na polską planszówkę. Skąd ten sukces gry "Beyond Humanity:Colonies"?
JANDA 0 0Kremy z kolagenem: nie bierz pierwszego lepszego. To skomplikowany składnik
WYWIAD 0 0Dlaczego faceci nie chcą seksu. Seksuolożka wylicza powody i radzi, jak to zmienić
0 0Słynna fabryka ogłasza zwolnienia grupowe. Miśnieńska porcelana walczy o przetrwanie
O TYM SIĘ MÓWI 0 0"Maska opadła". PiS szuka pieniędzy na swoje obietnice. Oto gdzie wszyscy za nie zapłacimy
0 0Zdrojewski "chlapnął" o jedno zdanie za dużo. PO odcięła się od jego słów