Minął wrzesień, miesiąc rekordów życiowych wielu maratończyków, czas sprawdzianów biegaczy przygotowujących się do jesiennych startów. Na biegowej mapie Polski widać coraz większe spustoszenie. Każdego weekendu znikają z niej kolejne biegi... Zgodnie z terminologią wpajaną mi przez trenera to czas roztrenowania. Koniec roku, czas podsumowań, analiz i snucia planów na kolejny biegowy sezon.

REKLAMA
Każdy rok biegacza składa się z trzech etapów. Ja doświadczyłam tylko jednego. Bezpośredniego przygotowania startowego oraz egzaminu w postaci startu docelowego („Bieg na Piątkę” podczas PZU Maratonu Warszawskiego). Listopad miał odsłonić przede mną nowy rozdział w cyklu życia biegacza.
Okres roztrenowania, czyli minimalizacja aktywności biegowej poprzez zmniejszenie ilości jednostek treningowych na korzyść regeneracji, wolnego czasu, który w sferze marzeń zamieniłam już na wyjścia do teatru, kina, spotkań ze znajomymi, całonocnych zabaw pod hasłem tańca, lania wosku i wróżb andrzejkowych.
Jaka ja byłam szczęśliwa... Tym bardziej, że od początku uczestnictwa w programie #biegajnazdrowie, życie sportowca wypełniało całkowicie mój wolny czas.
Nic podobnego. Mój dzienniczek przypomina dobrze napompowany balon. Nic się nie zmieniło. Trener dba o to, bym nie miała wolniejszych przebiegów. Cytując klasyka: jak żyć?
Wczorajsze dylematy poszły w niepamięć. Przecież miało być inaczej. Moi bardziej doświadczeni znajomi ze ścieżek biegowych zastanawiają się, jak się zmotywować do pracy, której owoce będą zbierać w przyszłym roku.
Co to właściwie jest ta motywacja? Motywacja w bieganiu? Może powinnam sobie to pytanie postawić odwrotnie: Co takiego jest w bieganiu, co może nie dawać radości? Co może odbierać przyjemność w odkrywaniu kolejnej ulicy w sąsiedztwie, nowej alejki w parku, ścieżki w dobrze już znanym lesie? Co to takiego? A może… szybki oddech? Lepsze samopoczucie? Przyjemne zmęczenie? Co to za demon, o którym wszyscy mówią? Gdzie on się schował? Gdzie go szukać albo jak biegać, by go znaleźć?
Może ja robię coś nie tak? Nie, przecież to niemożliwe! :-)Gdyby moje bieganie odbiegało od normy, sztab szkoleniowy stojący za mną zwróciłby mi na to uwagę.
A więc to ja jestem inna… Ha! Zawsze byłam wyjątkowa. :-) No ale teraz to już przesadziłam… Wiem, wiem. Zaraz pomyślisz że też miała(e)ś takie początki. Przyjdzie zima, to inaczej zacznę śpiewać.
Pewnie masz rację, choć nauka pokazuje, że ciężko wyjść z nałogu, a ja wpadłam po same uszy w sidła biegania. Pamiętam czas, w którym nie mogłam biegać. Koniec wakacji, świetny czas ładowania baterii przed jesiennymi biegami, a ja wściekła siedzę w domu zajadając się antybiotykami. Masakra!
To było najgorsze doświadczenie w programie #biegajnazdrowie
Z niecierpliwością czekałam na zielone światło od mojego internisty. Miałam wrażenie, że w tym czasie energia kumulowała się we mnie, a nie znajdując ujścia powodowała frustrację.
Tak więc co z tą motywacją? Kiedy i jak jej używam?
logo
Kiedyś usłyszałam bardzo trafną myśl: „Wszystko jest w głowie”. To ona prowadzi nas przez życie. Trening mentalny jest równie ważny jak trening fizyczny. W moim bieganiu głowę wypełnia cel, dla którego odrzuciłam komfort, jaki dają ciepłe kapcie po powrocie z pracy, na rzecz ciężkiej pracy i osiągnięcia marzenia – pokonania dystansu maratonu.
Dopóki każdy bieg, spacer, basen, wyjście w góry czy spinning przybliżają mnie do spełnienia tego marzenia, to nie muszę martwić się o motywację. Mam wrażenie, że przybiera ona różne postacie. Raz jest dobrym duszkiem, siedzącym na moim prawym ramieniu, innym razem staje się moim życiowym partnerem, czasem przybiera postać barmana w nocnym klubie serwującego soft drinki.
Jestem przekonana, że nagroda za ten trud jest warta wszystkich wyrzeczeń i zmiany trybu życia. Niejednokrotnie, w swojej krótkiej biegowej przygodzie, miałam okazję się o tym przekonać.
Jeśli potrzebujesz energii, dodatkowego bodźca treningowego, motywacji – sięgnij do swojej głowy. Znajdziesz tam pełen wachlarz zasobów. Tylko od Ciebie zależy, z którego narzędzia dziś skorzystasz.