O autorze
HR-owiec, Project Manager, Koordynator sponsoringu… Drużyna pracowników PZU jest naprawdę różnorodna, by nie rzec – kontrastowa. W jej skład wchodzą trzy panie i dwóch panów, a konkretnie:

Ewa Koprowska – miłośniczka aktywnego wypoczynku, choć sportu nie uprawia regularnie. Jej udział w projekcie to jej własny prezent dla siebie na urodziny.

Weronika Merklejn – młoda matka cierpiąca na niedobór wolnego czasu. Teraz postanowiła go jeszcze bardziej ograniczyć, poświęcając się treningom. Choć znając realia macierzyństwa to trening może być właśnie wymarzonym czasem wolnym.

Sylwia Stachowicz – łączy i godzi z sobą wiele pasji i przeciwstawnych natur. W domu ma psa i kota. Do programu dołączyła… z przekory.

Maciej Hassa – zdrowy styl życia to jego priorytet i marzenie. Ciągle jednak coś przeszkadza mu je w pełni zrealizować. Aby nabrać dobrych nawyków i pokonać przeciwności, zgodził się poddać półtorarocznemu reżimowi treningowemu.

Tomasz Jemioło – do uczestnictwa w programie popchnęła go chęć powrotu do formy sprzed lat, od której odszedł oddając się życiu rodzinnemu i opiece nad dziećmi.

Ewa Koprowska: Biegając (za)dyszką

Jako uczestnik programu „Biegaj na Zdrowie” zobowiązałam się przebiec mniej więcej co pół roku trzy dystanse: 5 km, półmaraton i maraton. Jakiś czas temu zaliczyłam 5 kilometrów. Przede mną, w marcu, do przebiegnięcia 21,1 km. W międzyczasie dobrą praktyką jest przebiec jakiś dystans pomiędzy 5 km i 21,1 km. Dlatego „dyszka” jest aktualnie tak popularnym w naszych drużynach wyborem.



(za)dyszka pierwsza – el solo lobo

Gdy pierwszy raz w życiu przebiegłam 10 km czułam, że umieram. Wpełzłam do domu i naśladując rybę sygnalizowałam bardzo silną potrzebę przyjęcia znacznej ilości płynu. Czas: 1:10. Oczywiście życiówka, przecież to debiut. Byłam szczęśliwa, że nieosiągalny w mojej wyobraźni maraton choć odrobinę się przybliżył i wydał się nieco bardziej realny niż dotąd.


(za)dyszka druga – z Marcinem

Emocje opadły, endorfiny się uspokoiły, minął tydzień. Przy niedzieli, zgodnie z przyjętym rytmem treningów, kolejne długie wybieganie. Pamięć bólu, potu i pragnienia była jeszcze silna. Moje osobiste biegowe towarzystwo rozkoszowało się pluskiem mazurskich jezior, więc motywacja do pokonania dystansu słabła. Wtedy właśnie, szukając nowej fajnej trasy, znalazłam informacje o Biegu przez Most Północny. Lokalizacja idealna, dystans wymarzony, motywacja do wysiłku – w pakiecie.


W kolejce po odbiór numeru startowego spotkałam kolegę z sekcji biegowej PZU – Marcina. Umówiliśmy się na wspólny start. Trener polecił ustawić się za zającem biegnącym na 0:55. Zając to zawodowy biegacz, który prowadzi amatorów na określony z góry czas. Dzięki temu jesteś w stanie lepiej rozłożyć siły. Plan mnie dziwił (przecież ja umieram przy czasie godzina dziesięć), ale zrobiłam tak, jak mi polecono. Trener wie, co mówi.


Niedziela. Pogoda piękna, biegło się przyjemnie. Nasze zające podawały na bieżąco czas i opowiadały o trasie biegu. Najtrudniejsze dla amatora są podbiegi. Jeden z zająców miał pobiec równo niezależnie od nachylenia trasy. Drugi zwalniał na podbiegu, aby wyrównać potem na płaskim. Pobiegłam za zającem drugim. Podbiec – podbiegłam, ale nie dałam rady potem przyśpieszyć na płaskim. Marcin pobiegł szybciej, a ja zaczęłam dzielić trasę na kawałki. Na 5. km jest woda. Do wody muszę dobiec – tak strasznie chce mi się pić. To było łatwe. Po wodopoju niestety kolejny podbieg. Ten podbieg pokonałam marszem. Dobiegł do mnie mocno starszy mężczyzna (na oko 70 lat).
„Dziecko” – mówił. „To mój rocznik się zatrzymał, Twój nadal biegnie!”.

A więc pobiegłam. Potem było do przystanku, do zbiegu. Zbieg trudny – bo jeszcze nie umiałam dobrze stawiać nóg przy biegu w dół. Do zakrętu, do Piotra i do Pawła, do cukierni. Lekka konsternacja, ponieważ z przeciwnej strony ruszyły już samochody i jechały nie zawsze swoim pasem. Kierowcy po prostu gapili się i jechali machinalnie na biegaczy, a biegacze uciekali na chodnik. Przecież nie może być aż tak późno. Na dziewiątym kilometrze zrozumiałam, że mam szansę na życiówkę. Cel – dobiec poniżej godziny. Zebrałam ostatnie siły i pobiegłam. Przed metą czekał Marcin z rodziną. Spotkał mnie tam gorący doping, więc znalazłam jeszcze trochę sił. Nareszcie. Meta, woda, medal, szczęście. Czas: 58:08. Cel został osiągnięty.

Ogromnie pomogła mi w tym starcie obecność Marcina. Początkowy wspólny bieg w ambitnym czasie dał zapas na podbiegi. Człowiek jest zwierzęciem stadnym. Dlatego w miłym towarzystwie biega się łatwiej
(i szybciej).

PS. Marcin pisze, że ścięłam zakręt, więc doliczam sobie karniaka 20 sekund. Niech będzie 58:28. ;)

(za)dyszka trzecia – z Weroniką

Mój organizm nie mógł się pozbierać po infekcji. Szczerze mówiąc to nie za bardzo mu w tym pomagałam, ignorując ból głowy, kaszel i katar. Miałam zaplanowane tyle nie-cierpiących-zwłoki spraw. W szczególności miałam wykupiony pakiet na 11 XI – Bieg Niepodległości. Choroba miała poczekać na swoją kolej. Nie poczekała. Lekarz powiedziała: „zmiany w oskrzelach”, i dodała parę dosadnych słów na temat mojego stylu życia. Tego nie dało się dłużej ignorować. Pierwszy tydzień listopada spędziłam w łóżku. Na pierwszy truchcik po chorobie mogłam sobie pozwolić 10 listopada. 11 listopada miałam być grzeczna i nie biegać. No chyba, że powolutku, bez zadyszki. Obiecałam, że powolutku. Zdecydowanie wolałam truchcik niż siedzenie w domu, pogryzanie czekolady (z braku endorfin) i wściekanie się, że nie mogę pobiec. Przecież mogę. Tylko powolutku…

Weronika była w podobnej sytuacji. Osłabiona po chorobach, startowała z założeniem rekreacyjnego truchciku. Pobiegłyśmy razem.

Powiem Wam, że takie bieganie powolutku jest niezmiernie przyjemne. Utrzymywałyśmy tempo konwersacyjne. Miałyśmy czas na obserwowanie współbiegaczy i kibiców. Niedługo po starcie naszej strefy zwycięzca biegu biegł już z powrotem do mety. Miałyśmy czas i siłę, aby go dopingować. Dopingowałyśmy też biegacza w stroju kelnera, który przez całą trasę niósł tacę ze szklanką (podziwiam mięśnie jego ręki). Krzyczałyśmy głośno na widok każdego z mijających nas znajomych. Uśmiechałyśmy się i machałyśmy do klaszczących starszych ludzi. Przybijałyśmy piątki kibicującym dzieciakom. Zagadałyśmy do żołnierza, który w ciężkich, wojskowych butach biegł z córką. Chwilkę pożartowałyśmy z ojcem biegnącym z dwójką dzieci w wózku. Naprawdę fantastyczna impreza.

Największym wyzwaniem było nie przyspieszyć przed metą. Umówiłyśmy się, że truchtamy równo i wbiegamy, trzymając się za ręce. Dopingowali nas znajomi, czekały na starcie moje dzieci. Spędziłyśmy razem świetną godzinę.

Ogromnie pomogła mi w tym starcie obecność Weroniki. Wspólny bieg w spokojnym czasie pozwolił zrozumieć, ile zmieniło się we mnie przez te pół roku. Człowiek jest zwierzęciem stadnym. Dlatego w miłym towarzystwie biega się łatwiej i dużo przyjemniej (nawet jeżeli powoli).

Okazuje się, że ten bieg – bez życiówki, bez zadyszki, z czasem 1:07 – nauczył mnie czegoś. Przestałam się bać półmaratonu. Mogłabym tak truchtać drugą godzinę, a potem jeszcze trochę i byłoby po wszystkim. Wierzę, że to możliwe. Gdybym walczyła z czasem, nie zrozumiałabym tego. Ten bieg był dla mnie ważny.

(za)dyszka czwarta – z Mikołajem

Szczęśliwa, ale głodna szybkiego biegu po niepodległościowym truchcie, dostałam zaproszenie na Bieg Mikołajkowy. To jest to! Dystans – ulubiona dyszka. Cel – życiówka i zadyszka. Do zobaczenia siódmego grudnia, na starcie!