Bieganie lekiem na stres, na zły dzień, na kłopoty, na całe zło… Jak łatwo się pod tym podpisywałam, nawet o tym pisałam i nawet w to wierzyłam. Wtedy nie wiedziałam…

REKLAMA
Dziś wiem więcej… Bo wiem, jak zmienia nas i nasze życie choroba – taki ciągły proces zdarzeń. Gdy przychodzi, zmienia się cały rytm życia, role, jakie w nim pełniliśmy, porządek dnia i niezmienne (wydawałoby się) w naszym życiu wartości i priorytety. Do mnie przyszła. Od niedawna zamieszkała w życiu mojej rodziny.
Kiedy jesteś w fazie załatwiania, organizowania, pomagania, dowożenia, odwożenia – jesteś w natarciu, w działaniu, zapominasz o wszystkim. Nie myślisz o swoich potrzebach, planie dnia, postanowieniach, zobowiązaniach. Przychodzi jednak taki moment, że technicznie i fizycznie zrobiłeś wszystko, co było możliwe, i więcej w tym momencie już nie możesz zdziałać. Przecież za kogoś jego choroby nie przechorujesz. Możesz być przy nim, rozmawiać, dbać, ale niestety nie do Ciebie należy ta cała najważniejsza reszta…
Ta myśl była dla mnie nieznośna! Za nią przyszła druga, że nie mogę teraz myśleć o sobie, żyć jak dotychczas, hołdować swoim fanaberiom, że to nieważne i takie niesprawiedliwe. Jak można być zadowolonym, spełnionym, uśmiechniętym, kiedy cierpi najbliższa Ci osoba? To była na szczęście tylko jedna krótka chwila. Jak zwykle w takich momentach w moim życiu pojawiło się to właściwe pytanie, to jedno zdanie, które odmieniło wszystko. Wypowiedziała je moja mama: „Będziesz się musiała teraz córeczko nagimnastykować, żeby wszystko pogodzić: pracę, mnie, bieganie – bo mam nadzieję, że nie zarzucisz tego? Chwalę się Tobą i tym Twoim szaleństwem na lewo i prawo, nie możesz mnie zawieść – bo wiesz, jak to na wiosce? :) ;)”. To była w tym całym zamieszaniu najfajniejsza chwila – nie wiedziałam, że jest ze mnie dumna, że się cieszy i że mnie podziwia. Nigdy o tym nie mówiła, nigdy zbyt wiele przecież nie pytała o moje sukcesy biegowe... Otrzymałam w tych słowach prezent, cudowną niespodziankę, bo – przyznaję – wpadłam już na pomysł, że to bieganie odłożę na bok, bo przecież nie wypada, żebym z rumianymi polikami po bieganiu na mrozie wpadała do niej szczęśliwa i rozpromieniona, nie wypada, żeby ganiać po parku, zamiast siedzieć przy niej.
Wspomnienie tej chwili i tych słów mnie uskrzydla, wciąż się do niego uśmiecham. Bo dla mnie bieganie jest w wielu przypadkach zbawienne, dobre, ożywcze. Dziś wiem, że wszystko w życiu się zmienia. Perspektywa, z której właśnie to życie oglądasz. Moja się zmieniła, ale to dla mnie wielka, dobra nauka. Zanim coś poświęcisz, bo tak wypada, zarzucisz, bo tego nie wypada, postanowisz, bo tak wymaga powszechna opinia, może lepiej zapytaj tego, dla kogo to robisz, czy będzie z tego powodu szczęśliwszy? Czy może odbierzesz mu, nawet o tym nie wiedząc, powód do radości i dumy.
Czasem tak wiele musi się wydarzyć, byśmy usłyszeli wyczekiwane, wymarzone, proste słowa, pochwałę i uznanie tego, co robimy. Jak ja na temat mojego biegania. Może teraz, w magicznym czasie przygotowań do Świąt i przedświątecznego BIEGANIA, warto rozmawiać ze sobą więcej, częściej, milej, szczerzej. Po prostu. Dlatego, że idą Święta, że wstał kolejny dzień, a my mamy obok siebie wspaniałych ludzi. I choć tak często narzekamy, to mamy naprawdę w większości dobre życie.
Przepięknych, dobrych Świąt, zabieganych jedynie na biegowych ścieżkach, wszystkim biegającym i tym mniej ruchliwym (i tym, co od Nowego Roku na pewno zaczną! :)) z tą przedświąteczną radością życzę!