Jako partnerka IRONMANA wiele razy zastanawiałam się, jak to jest robić rzeczy, których normalni ludzie wystrzegają się jak ognia. Jak można żyć „wychodząc” ze strefy komfortu? Jak radzić sobie z takim obciążeniem? Dom, praca, trening, zawody. Wszystko podporządkowane jednemu celowi. Być lepszym, szybszym, zwinniejszym, rozwijać się. Nie tylko w sporcie, ale w każdym elemencie życia.
REKLAMA
Uważam, że człowiek z natury jest leniwy, dlatego częściej wybiera fotel i telewizor niż wysiłek fizyczny. Co więc takiego siedzi w tych „szaleńcach”? Wielokrotnie byłam świadkiem morderczych (moim skromnym zdaniem) zmagań ludzi z żelaza. Co nimi kieruje? Dlaczego szukają coraz to nowszych wyzwań?
Bieganie, wyścigi kolarskie, maratony pływackie, sztafety, crossy czy dystanse ultra. Do tego zmagania w różnych warunkach atmosferycznych, na różnych kontynentach i różnych wysokościach nad poziomem morza. To wszystko dlatego, że maraton wiosną czy jesienią nie daje tylu doznań co ten w górach, zimą, rozgrywany w kopnym śniegu.
Przysłuchuję się czasem rozmowom triathlonistów, stąd wiem, że nowe wyzwania dla nich to przede wszystkim nowe bodźce treningowe, które przynoszą upragniony rozwój. To element, który zbliża ich do realizacji celu, czyli wyniku w wybranym przez nich sporcie. Nieważne, czy jest to 5h w połówce IM czy 3h w maratonie. Ważna jest droga, którą pokonują, by osiągnąć cel.
Ostatnio mam przyjemność i frajdę z przebywania na pierwszej linii frontu. Pobudki o 5:00 rano, marszobiegi po górach, pływanie w zimnej wodzie… a w konsekwencji wizualizacja przyszłych WŁASNYCH sukcesów.
Niełatwo jest dotrzymać kroku wysportowanemu blisko czterdziestolatkowi, który dystans maratonu pokonuje w 3h 30”, w wodzie porusza się lepiej niż niejeden trzydziestolatek, a w biegu alpejskim na Kasprowy Wierch łamie barierę 70 minut. To niezwykle trudne, ale jakże fascynujące, bo wzmaga apetyt, żeby samej również spróbować... Póki co, przy wsparciu mojego partnera, mogę doświadczyć tych wszystkich cudownych rzeczy sama, w tempie dostosowanym do moich możliwości.
Przywykłam już do maratonów biegowych czy pływackich, kilkugodzinnych wycieczek rowerowych czy biegów ultra (jako obserwator). Mogę powiedzieć, że to chleb powszedni, ale biegi górskie dalej powodują na moim ciele gęsią skórkę.
Są one dla mnie niewyobrażalnym wysiłkiem, a w głębi duszy prawdziwym marzeniem... To pragnienie rosło we mnie przez kilka miesięcy. Mogę powiedzieć, że od wakacji kocham góry. W wieku 33 lat pokonałam własne (dotychczasowe ;-) ) słabości. W ciągu jednego weekendu zaliczyłam Giewont, Dolinę Pięciu Stawów, legendarną drogę do Morskiego Oka (nie tę asfaltową ;-) ). Dwa miesiące później wdrapałam się na Kasprowy Wierch.
To był wstęp do przygody, która jest przede mną. 25 stycznia 2015 roku, w dzień po swoich 34. urodzinach stanę na starcie Zimowego Biegu Górskiego na dystansie 10 kilometrów, startującego w Cisnej. To kolejny etap w drodze do celu, którego finał będzie miał miejsce 29 września 2015 roku na Stadionie Narodowym w Warszawie. Wiem, że Bieszczady już zawsze będą zajmowały szczególne miejsce w moim sercu. Pojawiły się nagle, w chwili, gdy stanowiłam support dla drużyny Analogowych w Biegu Rzeźnika, ale w styczniu to ja będę górą!
Pokonam zakontraktowany dystans i ujarzmię tamtejsze połoniny. Wiem, że jestem silna siłą swoich mięśni, siłą wsparcia mojego mężczyzny, siłą celu, który od wiosny pcha mnie do przodu w moim biegowym świecie.
Dziś mogę powiedzieć jedno. Transformacja mojego życia daje mi coraz to nowsze wyzwania i cele. Jestem pewna, że każde z tych wyzwań jest wymarzoną trasą biegową, na której stawiam coraz to śmielsze kroki...
