Zabiegany, ruchliwy, jakby na diecie cały, pełen niespodzianek, trochę jak obóz kondycyjny pod surowym okiem trenera :) – taki był ten miniony rok. Mamy nowy… i jak to w Nowym Roku rodzi się pokusa, by zrobić jakieś postanowienia. :) I miałam nawet przez chwilę taką myśl, taki zamiar. Na szczęście wpadły mi w oko przemądre słowa – pożyczam je, cytuję i podpisuję się pod nimi zarzucając pisanie listy życzeń nie do spełnienia.

REKLAMA
W swoim życiu zmienię tylko datę, bo uważam, że z całą resztą jakoś sobie radzę. Nie wskoczę w rozmiar XS (zresztą prawdopodobnie straciłabym narzeczonego i biust, gdybym to zrobiła), nie zmienię na lepsze świata, nie zostanę perfekcyjną panią domu, córką, synem, Bóg wie czym jeszcze. Nie mam zamiaru robić postanowień, anty-postanowień, pewnie przez cały 2015 będę miała te same kompleksy, co wcześniej. Ten sam bagaż, który niosę już jakiś czas, bo w tym bagażu są moje rzeczy, moje lusterko do przeglądania się, moje czyste skarpetki i zapas wina na gorsze dni.
[cytuję z facebooka mojej koleżanki – Marty Kołodziejek]
No właśnie. :) Niczego zatem w pierwszych dniach roku nie obiecuję prócz tego, że najlepiej jak to możliwe dni będę przeżywać, chwytać– i tyle. Miałam jednak taką przewrotną myśl, żeby ten jeden raz zaskoczyć recenzenta moich tekstów i napisać, jak się należy o liczbach, statystykach, wynikach, pomiarach, badaniach. Mój absolutny, permanentny bark miłości do tych wszystkich wymienionych rzeczy sprawił jednak, że zamiast klasycznego bilansu, jak to ja, napiszę po prostu kilka słów mego nie słabnącego, choć przeplatanego poważnym wkurzeniem, czasem siarczystym przekleństwem – zachwytu. Po tym pracowitym roku wciąż uważam, że bieganie jest cudne, dobre, poprawnie uzależniające. Wciąż je lubię, coraz lepiej rozumiem, mądrzej trenuję, nie powtarzam już cudzych mądrości o bieganiu – mam własne: wybiegane.
logo

Bo nawet teraz, mimo że jest zimno, prawie poniżej mojego progu wrażliwości, mimo że bywa tak, że nie pomagają żadne mantry, wizualizacje i nagrody pocieszenia, a pokusa rzucenia w kąt biegowej pasji jest wielka, przychodzi zdroworozsądkowa dygresja: nie po to godziny treningów, bóle mięśni i negocjacji z samą sobą, by teraz wszystko zaprzepaścić.
I tak mimo spadających słupków rtęci biegam. Wkładam spodnie, getry, kurtkę, czapę. Twarz maziam tłustym kremem zamiast wyrównującym niedoskonałości podkładem. Jeszcze smartfon z nieskończoną ilością muzyki, ciepły szal i lecę. I podczas gdy jedna część ciała poci się, a inna w tym samym czasie zamarza, gdy już nawet katar w nosie zmienia stan skupienia, ja o dziwo w tym mrozie całkiem szybko biegam, bez lenistwa. Tak, w mrozie jestem chyba bardziej zawzięta, zdyscyplinowana, konkretna.
Najdłuższy dotychczas – stuminutowy trening, zwany przeze mnie „ślimakiem” paradoksalnie mija szybko. Pierwsze 5 km dłuży się najbardziej. Później myślom towarzyszy starannie dobrana lub całkiem przypadkowa muzyka. Ciało nie buntuje się, robi to, co mu każę, co chcę. Co jakiś czas mijam innych biegaczy, to zawsze krzepi, szczególnie gdy pogoda, że pod kocem jedynie chciałoby się oglądać ciepłe filmy. Z reguły tak jak ja trenują samotnie, swoim tempem, pogrążeni w myślach. A myśleć podczas biegania jest najlepiej. Projektować przyszłość, przeklinać przeszłość i wpadać na „genialne” pomysły. Bieganie sprzyja kreatywności. Jeśli długiemu wybieganiu towarzyszy akurat piękna pogoda, to mam w dodatku szansę podziwiać niezwykłą wędrówkę słońca po linii horyzontu. Niebo zdobi wtedy śliczna paleta ciepłych barw. To ciekawsze niż telewizyjna ramówka. :)
Czasem wiatr smaga nieprzyjemnie twarz. Wtedy przyspieszam, aby jak najszybciej dostać się do domu. Popołudnie zamienia się w wieczór. Wracam i zamiast zmęczenia czuję, jak wstępuje we mnie nowa siła, kiedy już „odmrożę” zamarznięte łokcie, kolana i pośladki,
a buraczana od wysiłku twarz powoli odzyskuje swój blady odcień.
Tak jest niezmiennie od roku. Wiele się zmieniło i zaryzykuję twierdzenie, że zmieniło się dzięki bieganiu. Przemiana miała wymiar nie tylko cielesny, ale przede wszystkim duchowy. Rok temu cierpiałam na pewien rodzaj niedoboru pewności siebie. Dzięki bieganiu uzupełniam braki. Wreszcie wyświechtany slogan „chcieć to móc”, przybrał rzeczywiste kształty. Zapomniałam o tak prozaicznych rzeczach jak cellulit kolonizujący uda, zapomniałam o tych dwóch kilogramach, których za cholerę nie mogłam zgubić. Nie muszę już wybierać między kaloryczną lasagne a szczupłą talią, oczywiście wtedy, gdy
w dietę wpisane mam akurat ulubione danie. Nie zagrzeją u mnie miejsca chandry czy sezonowe niby-depresje, bo poziom endorfin utrzymuje się na bardziej niż przyzwoitym poziomie. Pewnie, że zdarzają się kryzysy, czasem wkrada się nuda, i że popadam czasem w szary w marazm. Biegam wtedy gorzej, bez zaangażowania, od niechcenia, jakby dla Trenera, dla wpisów do dzienniczka, jak grzeczna uczennica. To szybko mija. I czasem tylko jednego żałuję, że nie zaczęłam kilka lat wcześniej, a idąc tym tropem, zastanawiam się, gdzie byłabym dzisiaj.
Za co jeszcze uwielbiam bieganie? Za to, jak dyscyplinuje codzienność, mimowolnie staje się przyjemną rutyną porządkującą dzień, tydzień, kolejny miesiąc – rok. Jest czymś, co mamy na pewno, bez względu na to, jak zaskoczy nas rzeczywistość.
Nowy Rok to postanowienia. Tych jednak nie robię. Ale Nowy Rok to także czas podziękowań, za to, co ważne, dobre, za to, co nas zachwyciło, mile zaskoczyło, nauczyło, za to, czym zostaliśmy obdarowani – jak ja przez:
Trenera Grzesia „Zwierza” Zwierzchonia – cierpliwością i wyrozumiałością – dziękuję,
Anię Kuczkowską – opieką nad wszystkim, co szwankuje – dziękuję,
Justynę Mizerę – super zdrową, a przy tym przepyszną, ułożoną w naprawdę zaspokajającą głód sposób dietą i zgodą na niejedzenie selera naciowego, którego nie lubię – dziękuję,
Agatę, co nie tylko w lipcowe dni o nas wszystkich dba, motywuje nas, popycha, dopinguje, rozpieszcza energetycznymi batonami, spotkaniami z gwiazdami i przepisami – dziękuję.
Dziękuję także każdemu z naszej wielce różnorodnej grupy, co „biega na zdrowie”, za pozytywną energię, wkurzające mnie, podawane do ogólnej wiadomości statystyki, radość i motywację.
I gdy tak sobie, z gorącą herbatką w ulubionym kubku, piszę i dziękuję, bo bardzo to lubię, bo warto i uważam, że ogólnie robimy to zbyt rzadko, wyobrażam sobie, jak przekraczam metę swego pierwszego maratonu – to moje marzenie – fajne. :)
Wszystkim życzę, by spełniali swoje marzenia, by pokonywali swoje „maratony”, zdobywali swoje „szczyty” , i nie żałowali na to czasu – nie warto żałować – czas i tak upływa.