Początkowo ten tekst miał być o czym zupełnie innym niż zaraz przeczytacie... Może o moich postępach w bieganiu?... Może o nowych butach biegowych?... Może o tym, jak zarazić bieganiem przeciwników tego rodzaju aktywności fizycznej?... Może o tym, czy warto rozmawiać z fizjoterapeutą?... Może w końcu o tym, czy dieta jest ważna? Czy niezbędna jest dla osoby podejmującej jakikolwiek większy wysiłek fizyczny?... Może, może, może... To miał być po prostu kolejny wpis z życia uczestnika programu #Biegajnazdrowie.

REKLAMA
Stało się jednak inaczej. Od jakiegoś czasu w mojej głowie kłębiła się myśl: "czy mój dalszy udział w programie ma sens? Czy jestem w stanie znaleźć kompromis pomiędzy pracą, coraz bardziej wymagającymi treningami i wychowaniem dwóch małych córeczek? To właśnie te dwie najważniejsze „istoty” w moim życiu kazały mi się zatrzymać (jakkolwiek kolokwialnie to brzmi w „karierzebiegacza” ;-) ) i nadać życiu pewne priorytety. Bycie matką oznacza dwudziestoczterogodzinną dyspozycyjność 7 dni w tygodniu, zdolność wydłużania doby, ponadprzeciętną motywację, 100% gotowości do rozwiązywania sytuacji kryzysowych. To wszystko spowodowało, że od kilku tygodniu, zmagając się z kolejnymi dziecięcymi chorobami, nieprzespanymi nocami, niekończącymi się wizytami u pediatry, zrozumiałam, że nie jestem już w stanie dotrzymać kroku moim koleżankom i kolegom z programu. Frustracja rosła z dnia na dzień, kiedy w dzienniczku zaczęły pojawiać się coraz większe pustki, a na Facebooku natrafiałam na wpisy o postępach innych uczestników programu. Myślałam wtedy: „oni biegają już 16 km podczas jednego treningu, a ja ledwo daję radę wyskoczyć na piątkę i to czasami rzadziej niż raz w tygodniu".
logo
Z Ewą i Gosią podczas XXVI Biegu Niepodległości

Odchodzę z programu dokładnie w połowie drogi, ale nie będę tego postrzegać w kategorii porażki. Te 9 miesięcy pozwoliło mi zrozumieć, że bycie matką nie może oznaczać rezygnacji z kobiecości. Nie chcę rezygnować ze swoich marzeń, ambicji, planów, każdej aktywności, w której nie ma dziecka. Może po prostu to nie był TEN czas i miejsce... Udział w programie zaszczepił we mnie zdrową pasję do biegania, którą będę dalej rozwijać, ale już we własnym tempie. Ten czas pozwolił mi zrozumieć, że życie nie kończy się na siedzeniu na kanapie z pilotem w ręku i jedzeniu „wszystkiego, co popadnie”. Pokazał, że siedzi we mnie, delikatnej kobiecie, wojownik, gotowy podjąć niełatwe zadanie, do którego droga usłana jest mnóstwem wyrzeczeń i poświeceń. Przede mną właśnie taki odcinek. Za tydzień zmierzę się z dziesięciokilometrową trasą górską, dającą przepustkę do marcowego półmaratonu w Warszawie.
Czy gdybym więc mogła cofnąć czas, poszłabym tą sama droga? Pewnie Was zaskoczę, ale... NIE!
Swoją przygodę z bieganiem zaczęłabym dużo wcześniej, a udział w programie potraktowałabym jako kolejny etap rozwoju „życia sportowego”.
Dzięki temu moje teksty w naTemat znalazłyby się rubryce „Porady Ekspertów”, a nie na ostatniej stronie w rubryce „dylematy Żółtodzioba”. ;-)
logo
Niedzielnie „wybieganie” w Lesie Kabackim

Dziś jestem mądrzejsza, bogatsza o dziewięciomiesięczne doświadczenie i wsparcie ekipy programu #Biegajnazdrowie. Decyzję o rezygnacji z programu traktuję jak „kontuzję sportowca”, która obarczona jest koniecznością przerwy w intensywnych treningach, na korzyść czasu potrzebnego na regenerację, wzmocnienie, a w końcu powrót do aktywnego życia „ze zdwojona silą siłą”. Ten czas ma dać mi siłę i odrodzić we mnie pewność i ducha walki, który był ze mną od początku programu.
Wszystko to, co dzisiaj robię, ma przybliżyć mnie do realizacji mojego głównego celu, czyli przebiegnięcia królewskiego dystansu we wrześniu bieżącego roku.
Wiem, że nie jestem w tym sama. Od początku mam wsparcie u mojego „drugiego trenera”, lekarza duszy i powiernika myśli, który zgodził się być moim „zającem” podczas 37. PZU Maratonu Warszawskiego. :)
Jestem pewna, że medal z tych zawodów będzie najlepszym podziękowaniem dla wszystkich, którzy dali mi szansę na udział w programie #Biegajnazdrowie, przyczynili się do mojego rozwoju, razem ze mną pokonywali kolejne szczeble „biegowej przygody”.
Grzegorz, Ania, Justyna, Agata, Ewa, Sylwia, Maciej, Iwona, Maja, Monika, Krzysztof, Michał, Paweł i Marek... dziękuję i do zobaczenia na mecie!!! SIŁA!!! :)