O autorze
HR-owiec, Project Manager, Koordynator sponsoringu… Drużyna pracowników PZU jest naprawdę różnorodna, by nie rzec – kontrastowa. W jej skład wchodzą trzy panie i dwóch panów, a konkretnie:

Ewa Koprowska – miłośniczka aktywnego wypoczynku, choć sportu nie uprawia regularnie. Jej udział w projekcie to jej własny prezent dla siebie na urodziny.

Weronika Merklejn – młoda matka cierpiąca na niedobór wolnego czasu. Teraz postanowiła go jeszcze bardziej ograniczyć, poświęcając się treningom. Choć znając realia macierzyństwa to trening może być właśnie wymarzonym czasem wolnym.

Sylwia Stachowicz – łączy i godzi z sobą wiele pasji i przeciwstawnych natur. W domu ma psa i kota. Do programu dołączyła… z przekory.

Maciej Hassa – zdrowy styl życia to jego priorytet i marzenie. Ciągle jednak coś przeszkadza mu je w pełni zrealizować. Aby nabrać dobrych nawyków i pokonać przeciwności, zgodził się poddać półtorarocznemu reżimowi treningowemu.

Tomasz Jemioło – do uczestnictwa w programie popchnęła go chęć powrotu do formy sprzed lat, od której odszedł oddając się życiu rodzinnemu i opiece nad dziećmi.

Sylwia Stachowicz: Czasem wszystko zwalnia…

Żyjemy tak szybko i chcemy mieć wszystko, bo życie oferuje przecież tyle możliwości. Tak trudno wybierać i z czegoś rezygnować. I chyba czasem trzeba zwolnić, żeby znów poczuć prawdziwy smak – no właśnie – wszystkiego.



Gnałam tak przez ostatni rok – ciągle zabiegana. Bez przerw byłam tym, co się dzieje, jak się dzieje, co się we mnie zmienia i tym, co udaje tak zachłannie zachwycona… ciągle bez tchu. I zabiegłam lekko zdyszana, ale szczęśliwa na metę półmaratonu – pierwszego poważnego sprawdzianu i etapu w drodze do wielkiego, zuchwałego celu (teraz zerknęłam, jest wyraźnie zakreślony w każdym kalendarzu). Szybko po nim opadły emocje, skończyły się króciutkie wakacje od diety i męczących treningów. Czas było wrócić do ciężkiej pracy, a ja poczułam, że trochę zabrakło mi paliwa… A może rozleniwiła mnie wiosna, zieleń, ciepły (wreszcie) wiatr – sama nie wiem... może nuda?


Jako, że jestem świetna, chyba zresztą jak większość z nas, w prowokowaniu okoliczności, które usprawiedliwiają chwilowe lenistwo, spadek formy i tak pięknie je tłumaczą, to „zgubiłam” sprzęt, co mierzy wszystkie parametry podczas treningów, więc nie było już nade mną kontroli. I ja nad sobą także jej trochę straciłam – bez żalu :). Mój sprzęt pojechał, zupełnie nie wiem jakim cudem (przysięgam!!!), na wakacje z moimi przyjaciółmi. I tak uciekłam dyscyplinie, presji wyniku, czasu i właściwego tętna. Ale przecież nie z własnego wyboru, nie było po prostu innego wyjścia – byłam „kryta”, miałam niepodważalne alibi :). Więc oczywiście czytałam zadane zadania w dzienniczku i biegałam (bo to już jest jakiś rodzaj uzależnienia), ale jakoś tak wolniej i spokojniej. Więcej zauważałam po drodze. Cieszyłam się pierwszym ciepłym deszczem, przed którym wcale nie chciałam uciekać. Podziwiałam jak zasypiały, chowały się przed deszczem i przed nocą mlecze, które potem rankiem rozkwitały jak milion słońc na łące. Z rozrzewnieniem patrzyłam jak nawet najlepiej pilnowane dzieciaki zawsze znajdowały sposób, by zamoczyć nogi we wszystkich napotkanych kałużach. I nauczyłam się w tym wiosennym rozleniwieniu słuchać nie muzyki, a książek. Tym razem nie tych moich ukochanych z mojej półki, w których szeleszczą kartki, tylko tych zaproszonych, zakupionych do mojej audioteki. Tysiące prób wśród dziesiątek przebiegniętych kilometrów, by utrzymać myśli, koncentrację i rozumieć, co mówi cudowny, męski, lekko zachrypnięty głos lektora w słuchawkach. To było prawdziwe wyzwanie!!! Udało się i teraz doczekać się nie mogę, kiedy rzucę papiery, komputery, telefony, ważne sprawy i założę słuchawki. Nie mogę się doczekać aż znów wybiegnę, by dowiedzieć się, co nowego wydarzyło się w sopockim Hotelu Grand, gdzie dzieją się wspaniałe jak zwykle opowiadania Janusza L. Wiśniewskiego. Zawsze będę je pamiętać – były pierwsze na moich uszach, wysłuchane z ust innych niż mojej Mamy, która daaaaaawno temu czytała mi bajki. Zadziwiające – w całym tym ponadrocznym już bieganiu wciąż zdarzają się „pierwsze razy”. To fajne i to urocze.


Mam nadzieje, że mój Trener nie będzie tego tekstu czytał zbyt wnikliwie, bo to nie będzie dla niego pewnie miła lektura… Tak czy siak, potrzebna mi była ta, pewnie dłuższa niż miała być, chwila oddechu, zatrzymania, i smakowania… Z pokorą wyznaję – odrobię, i „odbiegnę” co swoje :).


Tymczasem z nową umiejętnością, kolejną upolowaną powieścią, jak codziennie znów zawiążę buty i pobiegnę w zieloną rzeczywistość. Tą, co wybuchła wokół i w tą, co sączy mi się do ucha – cudowna sprawa i tak oby do września :)!