Po przerażająco mokrej zimie, wiosna nieśmiało skradała się… by wreszcie wybuchnąć cudownymi kolorami i wszechobecną zielenią. Znów jest naprawdę ciepło, a rozleniwiające przesilenie poszło w niepamięć. Teraz jest ten czas, kiedy chyba najmilej się biega.

REKLAMA
Moje niedzielne bieganie skończyło się na przykład tak :).
logo
Jeszcze niedawno zziębnięta marzyłam na ostatnich kilometrach, by wreszcie znaleźć się pod gorącym prysznicem i rozgrzać wszystkie przymarznięte członeczki. A dziś, zmachana, zgrzana, zabiegana przysiadłam jeszcze na łące i zebrałam milion prześlicznych rumianków. Wracając tydzień temu byłam właścicielką naręcza czerwonych maków. Pachnące, kolorowe są teraz motywacją do wychodzenia z domu. Wreszcie nastały długie dni, nie trzeba się martwić, że się nie zdąży biegać bezpiecznie „za widoku”. Wszystko zaprasza, wzywa i nawet nie trzeba się długo przekonywać, by wybiec na trening.
W tych niepowtarzalnie pięknych, wiosennych okolicznościach przyrody, pobiegłam w miniony weekend na najpiękniejszy, najbardziej uroczy, malowniczy i najbardziej dziki Bieg Wisły. Nadwiślańska trasa jest dzika, zielona, cicha i pachnąca. Aż zapomina się, że to wielka Warszawa. 10 kilometrowa trasa biegu, przygotowana dla zaledwie 1000 zawodników, wiedzie wśród zieleni – bez konieczności zamykania warszawskich ulic :).
logo
Trasa rozpoczyna się na 517 kilometrze Wisły (kolektor burzowy, praska prawa strona), następnie do pokonania jest podbieg na wał przeciwpowodziowy do Mostu Grota-Roweckiego, potem bieg pod Mostem Gdańskim, Śląsko-Dąbrowskim, przeprawa przez kanałek Portu Praskiego, bieg pod Mostem Świętokrzyskim, Średnicowym i Poniatowskiego, by wreszcie dotrzeć do mety ustawionej na plaży w okolicach Mostu Łazienkowskiego. Prawdziwy cross blisko natury, gdzie nie ma asfaltu i ulicznego gwaru. Za to wokół słychać radosny gwar biegnących, plotkujących, wzajemnie się motywujących, rozśmieszających, fotografujących i tych, co założyli specjalne „wiślane” przebrania. Była syrenka, muszelka, szuwarki i tratwa :). Prawdziwie kolorowy zawrót głowy i niesamowita energia. Jakże inne to bieganie niż to na profesjonalnych, miejskich startach – moja bajka. Moja pod każdym względem, bo dostałam, ja rodzona nad morzem, najpiękniejszy, najbliższy memu sercu medal w kształcie kotwicy – zajął miejsce w mojej kolekcji pt. ”Ulubiony”.
logo
To, co jeszcze wyróżnia ten bieg (prócz uroczej, trochę dzikiej trasy) i mnie absolutnie uwiodło, to brak czipów do idealnego, elektronicznego pomiaru czasu każdego uczestników. Czas w tym biegu odmierza ogólny zegar znajdujący się na mecie i Pan Sędzia :).
To był radosny bieg. Dzięki niemu zobaczyłam kilka absolutnie niezwykłych, nadwiślańskich miejsc, gdzie można w ciszy i samotności odetchnąć od miejskiego zgiełku i w towarzystwie zieleni, miękkiego piasku i książki trochę poleniuchować. Nigdy bym tam nie trafiła – bieganie jest rozwijające, pouczające, pożyteczne i daje niekończące się szanse… :).
logo
Teraz czekam z dziecięcą niecierpliwością na najszczęśliwsze 5 kilometrów na świecie – uszczęśliwić się będzie można już 27 czerwca w Warszawie – nie może mnie tam nie być :). I wszystkim szczęśliwym każdego dnia i tym, co ciągle poszukują szczęścia, tym rozbieganym i tym, co wykonali dopiero pierwszy krok do biegania (np. na szalonych sportowych zakupach) radzę: decydujcie się i zapisujcie na endorfinową eksplozję, na szczepionkę na bezbarwne życie :).
Do… pokolorowania :).