Maciej Hassa
Maciej Hassa fot: Teodor Klepczyński

Konsekwencja w dążeniu do celu i systematyczność w działaniach to cechy, bez których uprawianie sportu, ale także całe życie nie ma sensu. Warto w końcu się o tym przekonać! Mam nadzieję, że tym razem mi się uda.

REKLAMA
Jakiś czas temu przekroczyłem 30. rok życia. Dla jednych dużo, dla innych mało. Osobiście należę jednak do tej pierwszej grupy, choć pewnie za 20 lat się to zmieni. Przyszła refleksja. Zacząłem się zastanawiać co do tej pory udało mi się osiągnąć, co przede mną, jakie cele warto sobie wyznaczyć w najbliższych latach? Oczywiście nie będę Wam ujawniał szczegółowych wyników tej analizy. Napiszę jednak o sporcie.
Przez wiele lat uprawiałem piłkę nożną, ocierając się o zawodowstwo. Nieźle szedł mi też tenis, jestem trenerem narciarstwa, uprawiałem także wiele innych dyscyplin. Nigdy nie byłem w nich najlepszy, ale pamiętam taki czas w szkole średniej, kiedy w ciągu zwykłego tygodnia więcej czasu poświęcałem na wszystkie reprezentacje niż na naukę, kolejno zaliczając mecze reprezentacji w piłkę nożną, siatkówkę i koszykówkę, w dwóch pierwszych będąc kapitanem. Działo się więc całkiem sporo.
Potem przyszły „lata dwudzieste” i sportowo zwolniłem. Urodziły się dzieci, ożeniłem się ze wspaniałą kobietą, zacząłem pracę. Sportu było coraz mniej, a brzucha proporcjonalnie więcej.
Nazwałbym ten czas ciążą permanentną – tzn. mniej więcej co dwa lata brzuch rósł, w krytycznym momencie przychodziła refleksja, że czas wziąć się za siebie i pojawiały się „inteligentne” diety w stylu dr. Dukana, a więc białkowego zabójstwa, oraz szybkie nadrabianie formy np. na siłowni. Wszystko oczywiście po swojemu, bez żadnych rad, tak jak mi się wydawało i przede wszystkim „na wczoraj” – jak to u mnie. Ta sinusoida i siedzący tryb życia sprawiły też, że zaczęły pojawiać się kontuzje. Patrząc też z perspektywy czasu popełniłem chyba wszystkie możliwe błędy treningowe – za dużo, za szybko, i to „na wczoraj”, a w sporcie tak jak i w życiu nie ma drogi na skróty.
logo
Maciej Hassa podczas treningu fot: Teodor Klepczyński

Nie wiem ilu z Was odnajduje w tym opisie cząstkę swojej drogi, ale czym więcej czytam na temat biegania, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że pewnie dużo. W końcu pojawiła się myśl. Nie można być całe życie na diecie, nie można uprawiać sportu raz wyczynowo, a raz na kanapie. Nie można chcieć być zdrowym i mieć dobrego samopoczucia niszcząc codziennie swój organizm – o używkach nie pisałem, ale przez wiele lat paliłem papierosy.
Do całości tego obrazu dochodził jeszcze jeden problem. Chroniczny brak czasu. Powodujący, że właściwie jedynym momentem, w którym mogę uprawiać sport (bez uszczerbku dla rodziny i pracy) jest wczesny poranek, a ciężko umówić się na piłkę nożną o godzinie 6.00 (niewielu jest takich piłkarzy).
Zacząłem więc znowu chodzić na siłownię, żeby się spocić, ale bieganie na bieżni jest dla mnie nudne – nic się nie zmienia. Wyciskanie sztangi podobnie. Wtedy pojawiła się inicjatywa biegowa mojej firmy. Na Facebooku od pewnego czasu coraz więcej ludzi zaczynało biegać, na ulicy to samo. Pomyślałem: dlaczego nie spróbować samemu?
Opieka dietetyka, trener, fizykoterapeuta, dostęp do portalu pzuzdrowie.pl i programów medycznych, które badają moją wydolność, serce i inne niezbędne przy uprawianiu sportu części ciała były dla mnie wspaniałą zachętą. To był pomysł pozwalający naprawić wszystkie dotychczasowo popełniane błędy.
Liczę, że w końcu to właśnie bieganie stanie się moim pomysłem na zdrowy tryb życia, a ja sam przestanę być na permanentnej diecie. Natomiast zdrowe odżywanie i codzienne uprawianie sportu staną się nieodłączną częścią mojego stylu życia, a nie tylko awaryjną terapią w kryzysowych sytuacjach, kiedy ciężko już zawiązać sznurówki.
Dodatkowym motywem jest także na pewno możliwość rywalizacji i cel, jaki stawia mi program, w którym biorę udział. Lubię walczyć i lubię realizować ambitne założenia. Maraton to właśnie jedno z nich, a przy okazji na pewno będę mógł się pościgać. Na pewno z samym sobą, ale pewnie założę się z kilkoma osobami. O co, to okaże się za półtora roku, kiedy mam nadzieję moje pobożne dziś życzenia staną się rzeczywistością.
Do zobaczenia na mecie PZU Maratonu Warszawskiego w 2015 r. :)