
Na naszym blogu i w przygotowywanym przez nas albumie znajdziecie historie z całego świata - o szkołach, dziewczynkach, kobietach, inicjatywach. Nie zabraknie też "cichych bohaterów", którym warto poświęcić uwagę. Oto Olga, której osobista historia zapewne przypomina los niejednej matki-emigrantki.
REKLAMA
Czarnowłosa, zadbana, rozmowna. Olga, Mołdawianka. Ma 37 lat, z czego ostatnich sześć spędziła pracując w Polsce. Spotykamy się w pociągu do Kiszyniowa. Jedzie na wakacje do domu.
Z mało przekonywującym uśmiechem Olga pokazuje mi paszport, którego strony wypełnione są stemplami z polsko-ukraińskiego przejścia granicznego. Kartka po kartce przewraca wymazany czerwonym tuszem papier: Mołdawia, Ukraina, Polska. Potem powrót: Polska, Ukraina, Mołdawia. I tak w kółko. To praktycznie jedyne podróże jakie odbywa. Czasami, kiedy latem wraca do domu, wyjeżdża z rodziną nad morze. Jedzie wtedy znów na Ukrainę, bo w Mołdawii dostępu do morza nie ma, choć "kiedyś było!", jak podkreśla. Zapytana o Polskę mówi, że trochę ją lubi, a trochę zdążyła się przyzwyczaić. W jej głosie wyraźnie jednak słychać, że dla niej życie toczy się w Mołdawii. Tylko, że tam gdzie to życie, ona bywa rzadko.
Sześć lat temu postanowiła wyjechać - „za chlebem”, bez języka, bez przygotowania. Ot tak, teraz i natychmiast, z przymusu sytuacji. Znalazła agencję pośrednictwa pracy, ale żeby ją opłacić musiała wziąć kredyt. Witaj hipoteko! Jedynie mieszkanie, a w nim jej najbliższa rodzina – dwie córki i mąż. Decyzja niby ryzykowna ale myślała, że w Polsce uda jej się zarobić i na spłatę rat, i na rodzinę. Mówi, że "mąż prace miewał" czyli raz miewał, a raz nie. W związku z tym bywało u nich różnie, najczęściej źle. Niby „takie życie”, ale zarobki w Mołdawii są niskie i nawet ciężko pracując ledwo wiąże się koniec z końcem. Jak ktoś ma dużo szczęścia to zarobi 200 euro czyli ciut więcej niż 3 tys. mołdawskich lei. Chleb – 5, mleko – 10, śledź – 7. Kupując tylko te produkty, w miesiącu wydaje się prawie jedną czwartą pensji. A tu cała rodzina. Trzeba było temu zaradzić. Jakoś, kosztem czegoś. Olga przyznaje, że jej pobyt w Polsce jest koniecznością. Wielu to zna, bo nie tylko Olga nie dawała rady.
Mołdawia jest najbiedniejszym krajem Europy. Jeszcze niespełna 10 lat temu ponad 20 proc. tego społeczeństwa żyło poniżej granicy ubóstwa - na przetrwanie dnia mieli mniej niż 2$. Wskaźnik rozwoju społecznego plasuje ten kraj na dalekim 111 miejscu. Dziś na emigracji przebywa ok. 25 proc. obywateli Mołdawii, co oznacza, że praktycznie każdy ma w rodzinie kogoś, kto pracuje za granicą. Większość z tych, którzy zostali deklaruje chęć wyjazdu. Wyboru nie mają dzieci i dziadkowie - to oni zostają na straży opuszczanych domów.
Dziś dla Olgi liczą się przede wszystkim córki – jedna zaczęła studia i trzeba je opłacać. Niebawem i druga pójdzie na uniwersytet. Będą dwie, a dla nich wszystko. „Mąż teraz ma pracę, ale pewnie ją straci”, dodaje.
Przed przyjazdem do Polski Olga chyba nie do końca zdawała sobie sprawy, ile się u nas zarabia. Ona marzyła o Europie, zarobkach jak w Paryżu czy Rzymie, a trafiła do mieściny na Śląsku. W agencji pośrednictwa pracy nie rozwiewano jej złudzeń, kiedy witała się z hipoteką, żeby opłacić usługę. Pierwsza praca w Polsce nie spełniała nawet minimum oczekiwań - płacili słabo więc nie zaspakajali jej potrzeb finansowych. Doszedł jej przecież kredyt, a ten trzeba spłacać, bo w mieszkaniu rodzina. Inaczej co? Wyrzucą ich na bruk? Zmiana pracy nie wchodziła w grę bo umowa, bo papiery, bo pobyt…
Przetrwała. Znów jakoś. Przyznaje, że czasem płacze, bo smutno ale w porównaniu z tym, co było na początku, dziś jest raczej zadowolona, a może bardziej – uspokojona. Swojej przyszłości nie widzi jednak poza granicami Mołdawii - chce być z rodziną i kiedy będzie można, to wróci.
Dziś mówi po polsku z domieszką rosyjskiego i z miękkim, wschodnim akcentem. Brzmi to bardziej swojsko niż obco. Opowiada mi o Polskich dziewczynach i ich zachowaniach, które dla niej nie zawsze są oczywiste. “Bo w Polsce jak coś jest nie tak, to się ludzie rozchodzą”. Nie zdradza, co ma na myśli, ale widać po jej twarzy, że przeżyła już kilka „nie tak”. Przyznaje, że rozejść się jest lepiej ale sama by nie mogła. Na pytanie „dlaczego?” nie słyszę konkretnej odpowiedzi. Wzrusza ramionami. Może kiszyniowskie społeczeństwo nie wzburzyłoby się historią rozpadu małżeństwa, ale poza stolicą presja rodziny, kościoła byłaby zapewne nie do zniesienia.
Od momentu przekroczenia granicy jej telefon dzwoni regularnie. Raz mama, raz córka, innym razem koleżanka. Później znowu córka, mama i kolejny raz córka. Rozmowy nie trwają ani długo, ani krótko – dokładnie tyle ile trzeba, by uświadomić sobie, jak bardzo się stęsknili. Wspólnie snują pierwsze plany: co przygotują, co zjedzą, kto i kiedy przyjdzie.
Jedzie do domu na święta. U prawosławnych jest Wielkanoc i cieszy się, że będzie mogła je spędzić tu, a nie tam. A może tam, a nie tu?
Gubię się, gdzie dla niej jest tu, a gdzie tam.
Olga jest wierząca. Czasem chodzi do polskich kościołów, ale księża ją denerwują. "Przyjdzie, odbębni jakieś kazanie, tak skropi wodą, że w ogóle nie skropi i to ma być cała msza", komentuje. Jej się tak nie podoba. "W Mołdawii jak ksiądz skropi, to przez pół dnia trzeba suszyć ubranie. Tak robi, żeby faktycznie poczuć, że leje się święcona woda i że ta świętość po Tobie spływa. W Polsce nawet nic nie zauważysz. Poza tym, jak w Mołdawii jest święto, to w kościele spędza się całe godziny i słucha prawdziwego kazania. Nie ma tak, że jest grafik i po godzinie wynocha, i z nikim się nie rozmawia, z nikim tak naprawdę nie świętuje" porównuje.
Do domu jedzie na miesiąc, może nawet dwa, bo w firmie, w której obecnie pracuje nie ma klientów. Wszyscy dostali urlopy. W jej wypadku czym więcej tym lepiej.
Na prawie godzinę przed docelową stacją stoi ubrana w kurtkę. Z twarzą skierowaną w okno, wpatruje się w mijane budynki i gospodarstwa. Wyciągnięte z luk walizki leżą w korytarzu. Kiedy nie ma już więcej pomysłu na to, czym jeszcze może się zająć, zaczyna życzyć mi pomyślności. Kiedy kończy ze mną, zaczyna składać życzenia dla każdego z członków mojej rodziny – wymienia rodziców, brata, dziadków, ciocie, kuzynów, nawet psa, o którym zapewne zdążyłam jej już coś powiedzieć… Kiedy zapada pierwsza, dłuższa chwila milczenia dojeżdżamy na miejsce. Olga w pośpiechu łapie za jedną walizkę, ja pomagam jej z drugą, kiedy ona wyskakuje z pociągu. Wraca z emigracji na chwilę i dlatego każda chwila się liczy.
