Nie potrafię nawet wyrazić, jak się cieszę z sądowej wygranej Anny Grodzkiej z Tomaszem Terlikowskim. Wyrok nie jest prawomocny i posłankę czeka zapewne kolejna sądowa batalia, ale wiem, że nie złoży broni i się nie podda. Uznanie przez sędzię, że samozwańczy „prawdziwi katolicy” pokroju Terlikowskiego, rosnący od jakiegoś czasu w Polsce w siłę i władzę, jednak nie mogą wszystkiego, daje mi nadzieję i wiarę, że – choć to trudne - warto walczyć z machiną przemysłu pogardy, którą zbudowali, by zastraszyć każdego, kto myśli inaczej niż oni, kto wyznaje inne wartości, ma inny światopogląd, wiarę, kto po prostu chce być sobą, nie pytając ich o zgodę.
REKLAMA
Konsekwencja i upór z jaką Anna Grodzka przeciwstawia się kierowanej przeciwko niej nienawiści i pogardzie, mimo, że domyślam się (choć ona sama nigdy tego nie powie), ile ją to kosztuje, jak trudne jest wystawianie swoich najintymniejszych uczuć na widok publiczny, od lat budzi mój wielki podziw i szacunek.
To niezwykła kobieta, niezwykły człowiek, z gatunku tych, których istnienie przywraca mi w chwilach zniechęcenia wiarę, że warto zadawać sobie nieustanny trud i walczyć z fanatykami religijnymi, więcej – z fanatykami wszelkiej maści - o normalność i tolerancję, o to, żeby nie oddać im walkowerem kraju, który, jak sobie w takich chwilach przypominam, przeżył o wiele więcej niż mentalny najazd pełnych nienawiści i pogardy do wszelkiej inności katolickich Hunów.
Ten wyrok ma wielkie znaczenie, które wielu z nas dostrzeże dopiero z pewnej perspektywy, a wielu – korzystając z wolności do wyrażania siebie na co dzień – nigdy w ogóle nie zda sobie sprawy z tego, jakim ludziom ją zawdzięcza. Znaczenie dla lżonych dziś i obrażanych przez katolickich Talibów całych grup społecznych: ateistów, feministek, rozwiedzionych, kobiety, transseksualistów, homoseksualistów, liberałów, lewicowców, działaczy społecznych, ludzi wolności i ludzi kultury.
Gratuluję i bardzo się cieszę.
Gratuluję i bardzo się cieszę.
