Z wyborem Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej może być różnie. Może być tak, że w Europie Polskę docenili i chcieli dać temu wyraz. Może chodziło o prztyczek dla Putina, a może odwrotnie, o zachowanie pewnej równowagi, skoro szefową unijnej dyplomacji została włoska ministra spraw zagranicznych, przez prasę brytyjską eufemistycznie określana jako prokremlowska. Może również być tak, że Merkel chce rozegrać ewentualny konflikt z Rosją rękami Polski, tak, żeby w razie niepowodzenia, było na kogo zrzucić odpowiedzialność. W tej wersji Polska, reprezentowana przez Tuska, wystąpiłaby w roli klasycznego zderzaka. Może być też tak, że Tusk wykaże się wielkimi umiejętnościami dyplomatycznymi i znacznie przewyższy nasze oczekiwania, a mimo to dla Polski będzie już za późno.
Stąd, zamiast narzekać, radziłabym polskiej opozycji trzymać za Tuska kciuki – w naszym najlepiej pojętym polskim interesie.
Po co machaliście szabelką w imieniu Ukrainy zamiast kalkulować na zimno, jaki jest w tej awanturze polski interes?
Czemu nie zadbaliście o silną pozycję Polski (stawiając na wzrost gospodarczy, redukcję długu publicznego, inwestowanie w edukację, służbę zdrowia i wreszcie armię - ale nie poprzez zwiększanie na nią wydatków, tylko reformując całe siły zbrojne), tak, by nasz kraj w razie dziejowej zawieruchy miał coś do powiedzenia nie tylko z łaski unijnych przywódców, ale z racji własnej doskonałej pozycji?
