Środowisko z grubsza podzieliło się na dwa obozy. Jedni mówią: „cokolwiek się stanie, stoimy murem za Durczokiem”, drudzy zaś już go osądzili i skazali, zapominając o zasadzie domniemania niewinności. Ja natomiast, cytując naczelną polskiego radia RDC, Ewę Wanat, chciałabym tylko, żebyśmy my, dziennikarze, nie byli jak polski episkopat i nie chowali w tej sprawie głowy w piasek, zachowali natomiast trzeźwość umysłu, umiar i zdrowy rozsądek. Spór o Kamila Durczoka, jest bowiem tylko marginalnie sporem o niego samego, tak naprawdę to spór o granice nieprzyzwoitości. O rodzaj dopuszczalnych, lub nie zachowań, stosunków, kultury i sposobu bycia w pracy. Rodzaj upomnienia się o tysiące ofiar molestowania seksualnego i lobbingu.
Czy wielka władza oznacza tylko przywileje, czy także wielką odpowiedzialność?
Gadżety erotyczne, seks taśmy i sposób w jaki szef Faktów prywatnie spędza czas z przyjaciółką w jej mieszkaniu, nikogo poza nim samym nie powinien obchodzić. Jeśli jednak, jak sugerowała pierwsza publikacja tygodnika, Durczok stworzył system molestowania kobiet i dopuszczał się nadużyć – powinien ponieść konsekwencje. Nie tylko zawodowe, ale przede wszystkim prawne.
Dlatego nie można tej sprawy zamieść pod dywan i dlatego coraz bardziej dziwią mnie dwie skrajne postawy przybierane od początku tej sprawy przez tak wielu dziennikarzy i publicystów.
