Środowisko z grubsza podzieliło się na dwa obozy. Jedni mówią: „cokolwiek się stanie, stoimy murem za Durczokiem”, drudzy zaś już go osądzili i skazali, zapominając o zasadzie domniemania niewinności. Ja natomiast, cytując naczelną polskiego radia RDC, Ewę Wanat, chciałabym tylko, żebyśmy my, dziennikarze, nie byli jak polski episkopat i nie chowali w tej sprawie głowy w piasek, zachowali natomiast trzeźwość umysłu, umiar i zdrowy rozsądek. Spór o Kamila Durczoka, jest bowiem tylko marginalnie sporem o niego samego, tak naprawdę to spór o granice nieprzyzwoitości. O rodzaj dopuszczalnych, lub nie zachowań, stosunków, kultury i sposobu bycia w pracy. Rodzaj upomnienia się o tysiące ofiar molestowania seksualnego i lobbingu.

REKLAMA
Zamiast reagować infantylnie, tzn. w ciemno opowiadać się za Durczokiem lub przeciw niemu, środowisko dziennikarskie powinno odpowiedzieć sobie na pytanie: czy od tego, komu więcej dano, można i trzeba więcej wymagać?
Czy wielka władza oznacza tylko przywileje, czy także wielką odpowiedzialność?
Tekst we Wprost jest słaby merytorycznie. Nie będę w tym miejscu obnażać jego braków, bo zrobiło to już przede mną wiele kompetentnych osób. Jednak należy odróżnić styl i sposób napisania tego artykułu od pytania: czy Kamil Durczok molestował swoje podwładne? I – tak drodzy Państwo - czy Kamil Durczok bierze/brał narkotyki?
Gadżety erotyczne, seks taśmy i sposób w jaki szef Faktów prywatnie spędza czas z przyjaciółką w jej mieszkaniu, nikogo poza nim samym nie powinien obchodzić. Jeśli jednak, jak sugerowała pierwsza publikacja tygodnika, Durczok stworzył system molestowania kobiet i dopuszczał się nadużyć – powinien ponieść konsekwencje. Nie tylko zawodowe, ale przede wszystkim prawne.
Podobnie rzecz się ma z narkotykami, których ewentualne używanie nie byłoby, jak twierdzą niektórzy, wyłącznie jego sprawą osobistą . Wprost napisał, że gdyby biały proszek dotyczył gwiazdy rocka, a nie szefa programu informacyjnego, wszystko byłoby w porządku. Otóż nie byłoby, ponieważ posiadanie i handel narkotykami są w Polsce przestępstwem, bez względu na to, kogo rzecz dotyczy.
Gdyby w dodatku okazało się, że Kamil Durczok ma zwyczaj używać narkotyków (niezależnie czy jest od nich uzależniony, czy nie), jego wiarygodność ległaby w gruzach.
Dlatego nie można tej sprawy zamieść pod dywan i dlatego coraz bardziej dziwią mnie dwie skrajne postawy przybierane od początku tej sprawy przez tak wielu dziennikarzy i publicystów.
Nie przesądzajmy z góry o niczym, dajmy Kamilowi Durczokowi prawo do obrony, całkowitego oczyszczenia się z zarzutów i własnej narracji, ale też nie brońmy go w ciemno, tylko dlatego, że jest „swój”. Śledźmy rozwój wydarzeń, bądźmy merytoryczni i dociekliwi, nie zakrzykujmy opinii publicznej, nie epatujmy świętym oburzeniem, ani nie szantażujmy innych moralną wyższością i źle pojmowanym prawem do prywatności.
W tak niezwykle ważnej nie tylko dla wszystkich ofiar molestowania seksualnego i mobbingu, ale także dla ustalenia normalnych, wolnych od przemocy stosunków pracy sprawie, nie ma miejsca na ekscytację i krzyki.
Jest natomiast miejsce, czas i niepowtarzalna okazja pokazać, że liderzy opinii, na co dzień zarabiający na osądzaniu innych, są gotowi w razie konieczności (a taka właśnie teraz zachodzi) poddać się równie surowemu osądowi.
Tego wymaga nasza misja i nasza wiarygodność, ponieważ komu więcej dano, od tego więcej się wymaga, a władza kształtowania opinii publicznej zamieni się w hucpę, jeśli nie będzie zrównoważona równie wielką odpowiedzialnością.