Wobec ostatnich wydarzeń wokół Jacka Kurskiego, który idzie na wojnę z całym światem, grozi procesami mediom, kolporterowi prasy i właścicielowi drukarni, wypada zadać sobie pytanie, czy jesteśmy świadkami ciekawego eksperymentu z użyciem posła. Co stanie się z człowiekiem, który przez lata łamał przepisy, posługiwał się konfabulacją, kłamstwem i pomówieniem tak sprawie, jak inni komórką czy laptopem, kiedy odkryje, że jednak nie wszystko mu wolno?
REKLAMA
Jacek Kurski w jednym ma rację - nie jest tak, że w ramach wolności słowa można pisać i mówić wszystko o wszystkch. Tak, nawet posłowie, mimo, że podlegający zdecydowanie większej niż reszta obywateli kontroli społecznej, mają prawo do życia prywatnego. Dobrym przykładem byłaby tu publikacja seks-taśm, bo jest niewiele sytuacji, w których nagranie polityka uprawiającego seks wniosłoby coś do debaty publicznej.
Choć i tu jeden wyjątek przychodzi mi do głowy: gdyby chodziło o radykalnego prawicowca w typie Jarosława Kaczyńskiego czy Marka Jurka pokazanie jak uprawiają seks z mężczyznami, seks pozamałżeński, seks w agencji towarzyskiej lub biorą udział w orgiach, byłoby uzasadnione interesem społecznym.
Widać więc jak na dłoni, że za każdym razem kiedy jakaś gazeta, radio lub telewizja wchodzą w konflikt z politykiem na tle ujawniania szczegółów z jego życia prywatnego, trzeba bardzo uważać, by nie wylać dziecka z kąpielą, czyli z jednej strony nie pomówić polityka o straszne rzeczy, na przykład zdradę żony (bo szkody wyrządzone takim nieprawdziwym artykułem mogą okazać się nieodwracalne), a z drugiej, żeby zbyt daleko idącą ochroną "prywatności" polityka nie spowodować utajnienia przed wyborcami faktów, które ten znać powinien, choćby po to, żeby cytując klasyka, wiedział, na kogo głosować, a na kogo może niekoniecznie. Granica leży właśnie w zawartym w wielu orzeczeniach sądów sformułowaniu o "wyższym interesie społecznym".
Otóż sądzę, rozpatrując rzecz z najwyższym namysłem należnym takiej sprawie, że w przypadku domniemywanego przez tygodnik "Nie" romansu Jacka Kurskiego, wyższy interes społeczny wymaga pozwolić mediom dociekać, czy pan poseł ma romans z asystentką czy też nie.
Orzeczenie sądu pierwszej instancji zakazującej tygodnikowi o tym pisać jest skandaliczne, a wszelkie argumenty podnoszone w tej sprawie przez samego zainteresowanego, a raczej jego słynnego już adwokata, który pracowicie wysyła pisma z ubranymi w prawniczy żargon pogróżkami po wszystkich redakcjach, drukarniach i dystrybutorach prasy, mogących mieć związek ze sprawą, łatwe do podważenia.
Jeśli pan poseł jest niewinny, dlaczego nie chce bronić się przed "Nie" z paragrafu mówiącego o ochronie dóbr osobistych, na zasadzie "nie możecie o tym pisać, bo to nieprawda"? Dlaczego broni się z praragrafu o ochronie prywatności, co brzmi jakby mówił "może to i prawda, ale nie wolno wam o tym pisać"?
Dlaczego sędzia wydający dla dobra posła Kurskiego postanowienie o wprowadzeniu cenzury prewencyjnej uważa, że obywatele, wyborcy nie mają prawa wiedzieć, czy ich przedstawiciel w Brukseli, członek ultrakatolickiej partii przestrzega w życiu moralnych zasad, o których nie tylko sam, przy każdej okazji, głośno krzyczy, ale z których przestrzegania sam bez żadnych skrupułów przy każdej okazji rozlicza przeciwników politycznych?
I wreszcie słynny argument o prawie do prywatności - nie sądzę, żeby miał zastosowanie w stosunku do posła, który wyciągnął Tuskowi dziadka z Wehrmachtu, konfabulując przy tym zresztą na potęgę, bo jeśli ktoś jest osobą publiczną grzebiącą innym w życiorysach przodków, czyli najbardziej intymnych rodzinnych sprawach, musi się liczyć z tym, że dociekliwi dziennikarze i jego mogą zechcieć sprawdzić.
Wykonywanie zawodu polityka jest zaszczytem wiążącym się - często słusznie - z wieloma przywilejami i przyjemnością posiadania władzy nad innymi ludźmi, ale, co za tym idzie, także z większą przed nimi odpowiedzialnością i z większymi niż w przypadku statystycznej "prywatnej" osoby ograniczeniami. Jeśli ktoś tego nie rozumie, nie powinien i nie może być politykiem.
Wykonywanie zawodu polityka jest zaszczytem wiążącym się - często słusznie - z wieloma przywilejami i przyjemnością posiadania władzy nad innymi ludźmi, ale, co za tym idzie, także z większą przed nimi odpowiedzialnością i z większymi niż w przypadku statystycznej "prywatnej" osoby ograniczeniami. Jeśli ktoś tego nie rozumie, nie powinien i nie może być politykiem.
Dlatego trzeba pozwolić gazetom publikować teksty jakie chcą, a w razie wpadki, po prostu karać zgodnie z prawem i z powództwa cywilnego. Odpowiednio wysokie kary finansowe powinny odstraszyć nawet brukowce od publikowania kłamstw. Bo wyborca ma prawo wiedzieć, jeśli jakiś poseł próbuje mu sprzedać kit opakowany w wyreżyserowaną przy pomocy sądu bajkę o swoim nienagannym życiu. Po to, żebym na niego zagłosowała umożliwiając mu tym samym dalsze zbijanie majątku na ciemnym ludzie, który kupi wszystko.
