Rozmawiałam jakiś czas temu w kobiecym zacnym gronie o wiele mówiącym słówku „ale”. Małym niepozornym spójniczku, pełniącym w naszym damskim życiu rolę nie do przecenienia. Nie jestem feministką, ale …. mówi wiele kobiet, choć to, co wstawiają po „ale” świadczy dobitnie, że feministkami owszem są i to takimi przez duże "F".

REKLAMA
Nie jestem feministką, ale uważam, że kobiety są dyskryminowane. Nie jestem feministką, ale jestem za równością. Nie jestem feministką, ale kobiety powinny być traktowane tak samo jak mężczyźni. Nie jestem feministką, ale wkurza mnie patriarchat. Nie jestem feministką, ale mężczyźni za bardzo chcą nami rządzić. Nie jestem feministką, ale w moim domu obowiązki dzieli się po równo. Nie jestem feministką, ale księża nie będą mi mówić jak mam się zabezpieczać przed ciążą.
Klątwa „ale” dotyczy tez feministek, które o tym, że feministkami są mówią głośno, mało tego – aktywnie walczą o prawa kobiet i równość płci.
I tu dopiero „ale” bywa naprawdę tragiczno - komiczne – gdy bardzo świadome siebie babki próbują usprawiedliwić się przed światem i podlizać konwenansowi.
Jestem feministką, ale gotuję. Jestem feministką, ale lubię mężczyzn. Jestem feministką, ale mam dzieci. Jestem feministką, ale zajmuję się domem. Jestem feministką, ale mam męża. Jestem feministką, ale noszę długie włosy. I hitowe: jestem feministką, ale nie jestem lesbijką!
Oczywiście problem z "ale" bywa dużo poważniejszy, kiedy słyszymy "wiem, że powinnami odejść, kiedy uderzył mnie po raz pierwszy, ale...", "wiem, że powinnam odejść, kiedy powiedział, że nie pójdzie na odwyk...." lub "wiem, że kiedyś w końcu mnie zabije, ale...".
Dlatego czasami bardzo chciałabym się dowiedzieć: kim my kobiety byłybyśmy bez „ale”?