Nie rozumiem szumu wokół prof. Pawłowicz. Dajmy jej pocieszyć się świeżo odkrytym sposobem na popularność, znanym i stosowanym przecież przez niezliczone rzesze celebrytów: pokaż sutki, albo zapomnij założyć majtek – a twoja atrakcyjność dla mediów wzrośnie do poziomu o którym laureat Nobla z fizyki może tylko pomarzyć. Tyrady prof. Pawłowicz, te wszystkie „szmaty” i „dziwki” „latające z gołą d…ą” to przecież nic innego jak mentalne zdjęcie majtek przed szeroką widownią, a późniejsze ruganie Jarosława Kuźniara i udawanie uciśnionej niewinności, to odpowiednik rugania tabloidu za to, że cyknął fotkę naszej gołej pupy, którą sami w jego stronę wcześniej radośnie wypięliśmy. Mnie martwie zupełnie co innego: powtarzane do znudzenia przy każdej tego typu okazji - i przy okazji wygłupów Pawłowicz również - obłudne narzekania na „skandaliczny język debaty publicznej”, które robią Polakom wodę z mózgu.
Nie dajmy "szmacie" zamydlić sobie oczu
REKLAMA
Powiedzmy sobie raz na zawsze: język, którym rozmawiamy o najważniejszych dla nas sprawach, o naszych sumieniach, granicach naszej wolności, przemocy, kobietach i mężczyznach, prawach obywatelskich powinien, wręcz musi być gorący, żywy, emocjonalny, a czasem nawet nieparlamentarny. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej - bo jest po prostu niemożliwe, by sprawy te nie wzbudzały emocji, nie wywoływały kontrowersji, nie rozpalały dyskutantów i obserwatorów. Serwowany nam przez coraz bardziej bezmyślnych komentatorów i polityków wzorzec debat zimnych, gdzie interlokutorzy wygłaszają swe kwestie z kamiennym wyrazem twarzy, nawet nie unosząc brwi przy omawianiu gwałtów, aborcji, usunięcia z przepisów prawa elementów religijnej dyktatury, jest wytworem czystej fantazji - bo nie znam kraju na świecie, gdzie ważne społecznie debaty odbywałyby się w taki sposób.
Tak w przypadku sprawy Pawłowicz, jak i wielu innych spraw problemem nie jest język. Język to żaden problem, gdy ważą się sprawy najważniejsze.
Problemem jest to że polska parlamentarzystka uważa, że ofiara gwałtu jest sama sobie winna. Że powinniśmy, my kobiety, chodzić na paluszkach wobec oprawców, traktujących kobiety jak przedmiot, po który można w każdej w chwili sięgnąć.
Problemem jest to, że nic nie wiemy o skali pedofilii w Polsce, bo funkcjonariusze kościoła katolickiego odmawiają prowadzenia ewidencji takich przypadków i nie ma na nich mocnych: państwa, prawa, sądów, policji.
Problemem jest wszechwładza urzędników, którzy mogą zniszczyć człowieka (nie tylko przedsiębiorcę), jeśli mają takie widzimisię. Problemem jest władza, sprawdzająca nasze bilingi telefoniczne i gromadząca o nas informacje.
To są sprawy naprawdę ważne i trzeba o nich rozmawiać, krzyczeć, kłócić się, tak jak trzeba, jak to konieczne, włącznie z grubszym słowem.
A jeśli kogoś gorszy "szmata" przypominam, że epitety mówią bardzo wiele o osobie, która ich używa, a zgoła niczego o człowieku nazwanym w ten sposób.
